poniedziałek, 3 października 2011

witaj szkoło na wesoło! :)

Jeszcze tylko 11 tygodni szkoły i wakacje! Pierwszy tydzień mamy już za sobą. W poniedziałek ruszyliśmy pełni werwy i ambicji do North Sydney English Collage by zmierzyć się z testami wstępnymi. Po szybkim rozłożeniu na łopatki testu pisemnego przeszliśmy do rozmowy face to face z australijskimi nativami. Nie chwaląc się poradziliśmy sobie całkiem nieźle - dołączyliśmy do grup pre - intermediate i advanced :) w grupach sami Brazylijczycy, Kolumbijczycy i Koreańczycy co skutecznie uniemożliwia polskojęzyczną komunikację. Wtorkowe zajęcia przebiegły całkiem sprawnie, czego nie można powiedzieć o środowych bowiem trafiliśmy na testy pisemne, daliśmy radę! :) w czwartek w ramach grupowej integracji "zajęcia" odbywały się w knajpach. Na moje szczęście knajpa, w której ja miałam "zajęcia" była trochę bardziej oddalona od centrum i za 10$ można było dostać piwo półtoralitrowe a nie tak jak u Barta - 0,330 ml (ten czynnik sprawił, że do domu nie musiałam wracać sama - Pyszczek skusił się na piwo w grupie advanced :p). Jesteśmy w grupach wieczorowych dlatego do południa jest sporo czasu na szukanie pracy. Na nasze szczęście przed nami do Australii dotarło sporo Polaków, którzy skutecznie zmonopolizowali branżę budowlaną (znaleźć malarza, który nie jest Polakiem to wyższy stopień trudności :p), dlatego też Bartek nie miał większych problemów ze znalezieniem zajęcia, które przyniesie parę dodatkowych dolców na koncie. Krzysiek, z którym mieszkamy już pierwszego dnia miał dla niego propozycję pracy. Dziewczyny na moje nieszczęście mają niestety trochę trudniej bo muszą radzić sobie same. Biegam więc od sklepu do sklepu, od restauracji do restauracji i wręczam me jakże bujnie przyozdobione różnego rodzaju "experiencami" CV (w Polsce byłam już kasjerką w sklepie i kinie, kelnerką w restauracji i ratownikiem na basenie, z czego zgadza się tylko ostatnia pozycja :p). Wiecie jak jest, trzeba być elastycznym na rynku pracy i wychodzić na przeciw oczekiwaniom przyszłego pracodawcy :p Wobec braku odzewu wciąż pozostaję na bezrobociu (co powoli zaczyna frustrować) alee ... dumnie mogę się pochwalić, że jestem dziewczyną właściciela firmy :p całe 5 minut (to chyba prawie tak jak w Polsce + kilka dodatkowych dni) zajęło nam utworzenie firmy o jakże fantastycznie brzmiącej nazwie - BARTOSZ ARANOWSKI :D
Wczoraj w Sydney był finał NRL'a (National Rugby League), gdzie Sea Eagles podjęli Warriors Nowa Zelandia, feta w mieście prawie tak jakby po raz drugi odbywała się tu olimpiada. Pełno ludzi poprzebieranych w bordowe lub czarne koszulki, w zależności od tego której drużynie kibicowali (ej wiecie, że Ci kibice przechodzili obok siebie z uśmiechem na twarzy i nikt nikogo nie zaczepiał, nie mówiąc już o pobiciach czy wyzwiskach - no to tak jak w Polsce :p).
Dziś z kolei w Australii "Labour Day" (taaaak, takie rzeczy nie tylko w Polsce, Australijczycy też obchodzą Święto Pracy). Złożyło się również całkiem przyjemnie, że po kolejnym tygodniu deszczu i wiatru dziś z za chmur wyjrzało słońce. Postanowiliśmy więc zwiedzić co nieco począwszy od Chinatown poprzez Cockle Bay (gdzie zupełnie przypadkowo trafiliśmy na "Darling Harbour Fiesta") , aż po Hyde Park. Wszystko to jest w okolicach ścisłego centrum a jednak nogi dawały o sobie znać :)
... a jutro powrót do rzeczywistości, szkoła na 4pm, do południa życiorys wydrukowany razy "x" i jaaaazda, trzymta kciuki może w tym tygodniu się uda! :)

(aaaa ... z soboty na niedzielę przestawiliśmy czas na letni, wiece jak jest lato idzie, dzień coraz dłuższy :p
obecna różnica czasowa Sydney - Polska -9h).

Ściskamy gorąco, udanego tygodnia!

See Ya!

Brak komentarzy: