Woooow, tak długiej przerwy chyba jeszcze nie mieliśmy... Przestój ten nie jest bynajmniej związany z utratą zainteresowania blogiem, czy też brakiem weny. Powód jest dużo bardziej prozaiczny, mianowicie stwierdziliśmy, że trudno jest stworzyć coś z niczego, a w naszym przypadku tym "niczym" jest rutyna i powtarzające się w ostatnim miesiącu czynności. Od momentu przyznania wizy trochę się pozmieniało. Wspólne kolacje, czy też wypady do pobliskich knajpek zamienić musieliśmy na przygotowane dnia poprzedniego "lunch-boxy", ze zrobionymi na szybko potrawami. Nasza sytuacja wraz z początkiem lutego zmieniła się, można powiedzieć diametralnie. Po blisko dwóch latach beztroskiego życia przyszedł czas na wielką zmianę. Tym razem to Bartek próbuje połączyć obowiązki szkolne, z pracą, bez której w Sydney niestety długo nie da się pociągnąć. Wstawania w okolicach 5 rano i powroty do domu tuż przed 22 z pewnością mają się nijak do wyidealizowanego obrazu Australii, jednak przyznać trzeba, że oboje od ponad dwóch lat radzimy sobie dzielnie (ciekawe jak długo?). W szkole wszystko w jak najlepszym porządku, przyjaźni ludzie i bardzo pozytywna atmosfera, no i to co najważniejsze żadnego Polaka w grupie, co z pewnością wpływa bardzo pozytywnie na naukę języka. Nie chciała bym tutaj (jak to mówią) chwalić dnia przed zachodem słońca, ale póki co Pyszczek bije wszystkich an głowę, także mam nadzieję, że po roku tak intensywnego kursu efekty będą piorunujące. Wszystko jednak zależy również od tego jak często będzie wykorzystywał te umiejętności poza szkołą. Jeżeli chodzi o pracę to tam również parę zmian. Bartek wprawdzie wciąż zajmuje się tym samym, jednak zmiana szefostwa wpłynęła korzystnie na komfort psychiczny. Ja z kolei wciąż pracuję na basenach. Na jednym z nich objęłam niedawno funkcję "duty managera", co mimo zwiększonej ilości obowiązków, oraz odpowiedzialności jest bardzo miłą zmianą, oraz szansą na rozwój nie tylko umiejętności językowych. Mimo dość napiętych grafików w tygodniu, w weekendy staramy się nadrabiać życie towarzyskie. Na początku marca wybraliśmy się na Future Music Festival, jeden z największych australijskich festiwali muzycznych. Na 10 scenach między godziną 12 a 22:30 wystąpiło ponad stu artystów z całego świata, co naprawdę zrobiło na nas spore wrażenie. Mimo, że festiwal zaczynał się w samo południe, mieliśmy jeszcze chwilę czasu na znalezienie polskiego "zamkowego", które ze smakiem wypiliśmy na ławce w parku :) W zeszły weekend z kolei celebrowaliśmy dzień św. Patryka. Zaczęliśmy już w sobotę. Umówiliśmy się ze znajomymi na Darling Harbour, skąd później przenieśliśmy się do pobliskiego pubu. Wszystko było w jak najlepszym porządku, humory dopisywały, także bawiliśmy się naprawdę przednio. Aż do 3 na ranem, kiedy to barman ogłosił "alkoholu nie sprzedajemy". Jakoś pod koniec lutego w Nowej Południowej Walii wprowadzono nowe prawo. Puby i podobnego typu lokale zamykają swoje drzwi o 1:30, dlatego po tej godzinie nikt nie może wejść do środka, natomiast o 3 zamykany jest bar, wszystko po to by ograniczyć agresję na ulicach spowodowaną zbyt dużą ilością alkoholu. Myślicie, że to choć w minimalnym stopniu pomoże? Nie wydaje nam się ... No więc fantastyczna atmosfera brutalnie przerwana została przez surowego barmana, który w żaden sposób nie dał się przekonać do obejścia prawa :D Po chwili odpoczynku i krótkiej "drzemce" wstaliśmy w niedzielę dość wypoczęci, idąc za ciosem ruszyliśmy do miasta w poszukiwaniu świętującego kolegi. Jakież było nasze szczęście gdy znaleźliśmy go w jednym z pobliskich barów sączącego irlandzkiego Guinessa, nie zastanawiając się długo wstąpiliśmy na jedno, i tak już zostaliśmy :) Poniedziałek był ciężki, ale co nas nie zabije to nas wzmocni!
Z rzeczy mniej wesołych- lato 2013/2014 uważamy za oficjalnie zakończone. Mimo obecnej w kalendarzu jesieni pogoda cały czas nas rozpieszcza. Słoneczne dni z temperaturą w granicach 25-30'C zdecydowanie bardziej przypadły nam do gustu niż 40sto stopniowe upały. Jedyną rzeczą, która powoli zaczyna nas martwić jest fakt, że tuż po jesieni nieuchronnie przychodzi zima, a w tym wypadku niestety nie wiemy czego się spodziewać, bowiem będzie to nasza pierwsza australijska (albo raczej sydneyowska) zima. Nie ma jednak co narzekać na zapas, pożyjemy, zobaczymy!
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz