niedziela, 23 października 2011

rutyna?! nigdy więcej! :)

Pamiętacie ostatniego posta? Wiele się zmieniło :D ... wyobraźcie sobie, że dokładnie minutę po opublikowaniu ostatniej notki w internecie odezwał się mój telefon. Patrzę na wyświetlacz a tam Martin (pamiętacie Martina? to ten gość od restauracji w której byłam na rozmowie). Zadzwonił z zapytaniem czy nie chcę dla niego pracować. No nie ukrywam, że byłam w głębokim szoku bowiem nie odzywał się przez ostatnie dwa tygodnie ale umówiłam się z nim, że zadzwonię jutro i odpowiem mu na tę jakże zaskakującą dla mnie propozycję. Po krótkiej konsultacji z towarzyszem mego życia :D stwierdziliśmy, że warto zarabiać +2$/h, mieć weekendy wolne i spokojnie zdążać do szkoły. Wobec tego oddzwoniłam we wtorek, że przyjmuję propozycję i że widzimy się w środę, pozostał jednak jeden problem - mój dotychczasowy szef. Poinformowałam go we wtorek o tym, że nie pojawię się w pracy dnia następnego, bowiem znalazłam inna ... "trochę" się zdenerwował. Krzyczał i mówił, że mam się fuck off (niezbyt władam jeszcze angielskim, to chyba nie jest żaden komplement w stronę kobiety, nie? :D) no i dodał, że kasa za mój zeszły tydzień nie będzie wypłacona tak jak się umawialiśmy dotychczas - w czwartek, tylko w następnym tygodniu, bo on musi teraz zadzwonić do agencji i poprosić o kogoś w ramach mojego zastępstwa, a że agencja jest droższa niż godzina mojej pracy to odciągnie mi to z mojej wypłaty (what the fuck!? sobie myślę ... żaden Grek nie będzie mnie tu kręcił na moją wypłatę ... ). Pomyślałam jednak, że może rzeczywiście nie było to najrozsądniejsze z mojej strony by tak zostawiać szefa mego na lodzie, tym bardziej, że szef ten był całkiem miłym szefem (tylko zmiany weekendowe mi nie odpowiadały! :p). Dałam mu wobec tego czas do poniedziałku (jutro!), jak nie odzyskam ciężko zapracowanych dolarów to zobaczy prawdziwe oblicze zdenerwowanej Polki! ot co! :) Wracając jednak do wątku mojej nowej pracy ... pracuję w MIRABELLE CAFE, restauracji mieszczącej się w jednym z wielkich biurowców na Circular Quay (widok na Opera House i Harbour Bridge na bieżąco :p). Wstaję o 5 rano coby nie spóźnić się przypadkiem do pracy na 6:45, roznoszę stoliki, "oprzątam" swoje miejsce pracy żeby od 7 zacząć przyjmować pięknie odzianych biznesmanów i biznesmanki :D W trakcie pracy godzinna przerwa (w życiu jedynym nie przypuszczałabym, że lunche będę spędzać sobie pod Operą w Sydney :D), koniec o 14. Na 16 pędzę na angielski by spotkać się tam po całym dniu rozłąki z moim Pyszczkiem :) do domu wracamy ok 21:30, o 5 znowu pobudka ... tak to nasze życie płynęło przez ostatni tydzień. Jest dobrze, mamy wspólne, wolne weekendy, które wykorzystywać będziemy maksymalnie coby zobaczyć najpiękniejsze zakątki miasta :) W tą sobotę trochę sobie jednak pozwoliliśmy odpocząć po ciężkim tygodniu harówki, wstaliśmy ok 11, ostrzyglam Barta maszynką coby oszczędzić na fryzjerze (ejjj poszło mi tym razem dużo lepiej niż ostatnio, wygląda lepiej niż po wyjściu od fryzjera! serio :p), zrobiliśmy zakupy bo w lodówce znaleźć można było jedynie światło (w drodze powrotnej z ogromną ilością zakupów wyglądaliśmy jak rasowi "siatkarze" ale udało nam się donieść wszystkie produkty w całości i zapełnić lodówkę na nadchodzący tydzień :p). Wieczorem z kolei przywitaliśmy nowych współlokatorów (poprzednia para przeniosła się do niezależnego mieszkania, wprowadziło się trzech młodych chłopaków). Dziś pogoda jak przez cały poprzedni tydzień dopisała znakomicie. Na 12 jak to zwykle w niedzielę bywa pojechaliśmy do kościoła. Wyobraźcie sobie nasze zaskoczenie jak dowiedzieliśmy się, że właśnie dziś jest Pierwsza Komunia Święta dla polskich dzieci :) (w sumie to nie powinniśmy być zaskoczeni, przecież Pierwsze Komunie zawsze są wiosną :p). Wiecie jak fajnie ... wesołe piosenki i kazanie skierowane bezpośrednio do dzieciaków, super atmosfera! :) Po kościele ruszyliśmy szybko do parku nieopodal szkoły, bo umówiliśmy się z Brazylijczykami z mojej grupy na piłkę nożną (nie zaskoczę chyba nikogo jak powiem, że najlepszy w te klocki był mój chop :p Brazylijczycy, którzy podobno radzą sobie z piłką całkiem nieźle nie dorastali mu do pięt :p). Później jednak połączyli siły by stanąć oko w oko z drużyną zawodników z Sydney, drużyna ta radziła sobie całkiem przyzwoicie ale team międzynarodowy był jednak lepszy! :p

Tyle na temat szalonych przygód minionego tygodnia. Powoli przygotowujemy się do snu bo od jutra znowu rozpoczyna się ciężki tydzień :) Trzymajcie jutro kciuki, idę odebrać kasę do byłego szefa!! :D

See Ya!

Brak komentarzy: