Jak tam powyborcze nastroje w odległej ojczyźnie? obudziliście się w poniedziałek, w nowej, lepszej Polsce? a może czekacie na zapowiedziany Budapeszt? :D Tylko teraz co prezes miał na myśli ... dojście do władzy po ośmioletniej walce w opozycji Victora Orbana, czy może krwawo stłumione przez Armię Radziecką powstanie w 1956 roku? (w sumie to nawet w tym drugim wypadku mniej więcej miesięczna data się zgadza). Jak to się mówi, jaja jak berety ... no ale nie o polityce tutaj być miało :)
Dostałam pracę! Fajnie, nie? Po dwóch tygodniach pobytu w Sydney jest to podobno całkiem niezły wynik. Wysyłanie hurtowych ilości CV jednak się opłaciło, dodatkowo zrobiłam kurs RSA (Responsible Service of Alkohol) by zwiększyć swe szanse na rynku pracy :D ... W zeszłą środę dostałam maila, że zapraszają mnie na rozmowę dnia następnego. Nie zastanawiając się długo zrezygnowałam z czwartkowych zajęć i ruszyłam na "interview" (wyobraźcie sobie moje zaskoczenie gdy biegnąc na umówione spotkanie dostałam kolejnego sms'a w sprawie pracy, ale o tym później). Po dotarciu na miejsce okazało się jednak, że nie jestem sama. Norweżka, Szwedka, Tajka, Polka i Martin - manager, który (jak wynika z moich obserwacji) jest Japończykiem - cóż za multietniczne spotkanie :D rozmowa przebiegła dosyć szybko i sprawnie, okazało się, że w kawiarni (która not bene mieści się zaraz przy Circular Quay - zatoce, na której znajduje się Opera House i Harbour Bridge) potrzebna jest jedna osoba na stałe + osoba, która będzie "na telefon" w razie większych uroczystości. Lekko zrezygnowana po zakończeniu spotkania oddzwoniłam do Nicholasa (to ten od tego drugiego sms'a w sprawie pracy), szukał kogoś "od zaraz" na weekendy, wobec tego nie zastanawiając się zbyt długo ruszyłam czym prędzej by udowodnić mu jak bardzo się do tej roboty nadaję. Okazało się, że potrzebuje osoby do roznoszenia zamówień i zbierania brudnych talerzy ze stolików (tzw. "runner"), nie zaproponował stawki rzucającej na kolana ale jak to się mówi lepszy rydz nisz nic :) Jakież było moje zdumienie, gdy po powrocie do domu dostałam telefon od Martina, który poprosił mnie żebym przyszła w piątek na dzień próbny. Wobec tego w piątek pobudka o 5:00 by na 6:45 dotrzeć do kawiarni. Rozłożyłam stoliki według schematu, powycierałam, posprzątałam i się zaczęło ... goście w koszulach z mankietami, krawaty pod szyją, wybiglowani (dżizas co ja tu robię sobie pomyślałam) - ruszyłam do boju! Pierwsze zamówienie i pierwsza klapa, podchodzę do stolika i pytam co podać a w odpowiedzi słyszę australijski bełkot, pytam jeszcze raz żeby dowiedzieć się osoooo chośiiii, ale kolejny raz klapa. Biegnę więc do menago żeby poratował no i jak się okazało elegancki pan zażyczył sobie "skim capuccino" ... później było już tylko lepiej. Gdy zaczęłam się rozkręcać okazało się, że mój czas próbny dobiegł końca, ładnie mi podziękowano i powiedziano, że mam czekać na telefon
("- dobra ... ale ja nie mam telefonu
- to my i tak zadzwonimy") trochę tak właśnie się poczułam, ale ratowała mnie myśl, że praca jako "runner" jest już nagrana.
W piątek wieczorem zajęcia jak to miało miejsce w tygodniu poprzednim odbyły się w terenie. Umówiliśmy się w klubie karaoke. Trochę byliśmy zaskoczeni gdy zamiast jednego wspólnego telebimu ujrzeliśmy klub pełen wytłumionych sal, z oddzielnymi wyświetlaczami w każdej. Po dwóch godzinach śpiewu i 12$ od łebka wróciliśmy do domu. W sobotę z rana ruszyliśmy do pracy, mój pierwszy wielki dzień uważam za udany, wprawdzie trochę wpadek zaliczyłam ale ogólny bilans na plus :) Swoją drogą ... jak nazwać sytuację, w której facet pracujący tyle samo godzin co kobieta, tego samego dnia zarabia ponad połowę więcej? (przypominam, że facet nie jest arabskim szejkiem tylko malarzem) - szczęście? dyskryminacja? jakkolwiek to nazwiemy i tak będzie to nie fair, całe szczęście, że ten facet jest moim facetem :D ... Niedzielę z kolei jak Bóg nakazał spędziliśmy na błogim lenistwie. Wybraliśmy się do kościoła (droga była trochę bardziej przebojowa z racji renowacji torów i tym samym konieczności podróżowania milionem różnych autobusów ale telefon z GPS'em i google maps zawsze niezawodne :D) a później odwiedziliśmy Konsulat Generalny Rzeczpospolitej Polskiej w Sydney. Zaznaczyliśmy co trzeba, wrzuciliśmy do urny i się udało! ... tego samego dnia, z racji wpływu pierwszych dolców na konto postanowiliśmy zaszaleć, na obiad wybraliśmy się nad Botany Bay (fish & chips zawsze najlepsze). Odkryliśmy również całkiem niezłą promocję na wino, całe 4,99$ kosztowało nas niepowtarzalne smakiem oraz pobudzające zmysły aromatyczne wino, które obaliliśmy na pobliskiej plaży :D i tak miął siódmy dzień tygodnia :)
Poza tym wszystko jest ok. Pogoda się zmienia, temperatura rośnie, fauna (której najbardziej się obawiam z racji swej śmiertelnej jadowitości :/) oraz flora budzą się do życia. Na angielskim spoczko, z pracą też się rozkręca ... się żyyyje :)
See Ya!
2 komentarze:
Wreszcie udało mi się tutaj zajrzeć... super zdjęcia. Pozdrawiam
n porsze Anula zapieprza jako wejtres;) znam ten bol, dasz sobie rade; a jezeli chodzi o o drugi Egipt/ Irlandie, to raczej nic sie zmienilo, wcale nie jestem zaskoczona;] sciskm i cauje:*:*consub
Prześlij komentarz