... styczeń to w Australii okres powszechnego zainteresowania tą właśnie dyscypliną sportu. Począwszy od odbywającego się w Sydney na początku miesiąca turnieju Apia International po znany na całym świecie wielkoszlemowy turniej Australian Open, który na nasze nieszczęście jest aż w Melbourne. Korzystając z sytuacji, że znajdujemy się we właściwym miejscu o właściwym czasie postanowiliśmy również bardziej zainteresować się tym co w trawie piszczy :) No dobra ... przyznaję się bez bicia, że jeszcze pół roku temu nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi z tymi punktami i serwami i w ogóle nie miałam pojęcia o zasadach tenisa mimo, że wcześniej zdarzało mi się trzymać rakietę w ręku. Na całe szczęście chłopak mój WueFisa wytłumaczył mi bardzo zwięźle o co kaman, co ułatwia mi śledzenie poczynań naszych reprezentantów na Antypodach :) Zaraz na początku stycznia wiadomo było, że nadchodzący turniej to impreza obowiązkowa dla wszystkich tenisistek z pierwszej dziesiątki rankingu WTA, co za tym idzie nasza Isia, która zajmuje miejsce 8 być tam też musiała. Nie muszę chyba opisywać jak wielkie poruszenie wśród czterech facetów w naszym domu wywołała ta wiadomość, co więcej okazało się, że mecz ćwierćfinałowy Aga grać będzie z numerem 1 damskiego tenisa - Caroline Woziacki (tak, tak ... dla niewtajemniczonych Karolina Woźniacka to Dunka, córka polskich emigrantów). Czekając na to wielkie wydarzenie chłopaki nie mogli spać spokojnie, trudno im się było skupić, krótko mówiąc byli baaardzo podnieceni (no dobra ... ja trochę też :) ). 11 stycznia udaliśmy się do Sydney Olimpic Park, jako że nie mieliśmy jeszcze zakupionych biletów musieliśmy pojawić się tam sporo wcześniej. Nie ma jednak tego złego coby na dobre nie wyszło, mogliśmy bowiem zwiedzić miejsce gdzie w 2000 roku odbywał się milenijna olimpiada. W wiosce olimpijskiej, która swoją powierzchnią dorównuje chyba powierzchni Górzna podziwiać można liczne obiekty sportowe, których zwiedzanie bez mapy jest niemalże niemożliwe. Błąkając się tu i ówdzie doczekaliśmy w końcu upragnionej 7:30, o której to zaczęła się dostępna dla nas sesja nocna. Z małym poślizgiem spowodowanym brakiem prądu weszliśmy na główny kort na którym rozpoczął się pierwszy mecz sesji nocnej - Hantuchova vs. Kvitova. Mecz ten nie był zbyt interesujący i na nasze szczęście zakończył się bardzo szybką porażką Hantuchovej. Zaraz po zakończonym secie na kort weszły dwie Polki, podobno przyjaciółki ... stały jednak po dwóch stronach siatki, reprezentujące zupełnie inne państwa. Początkowo siedzieliśmy na wysokości siatki, obserwując dwa pierwsze sety z całkiem niezłej perspektywy, jeden ze Słowaków obecnych na trybunach zapytał mnie nawet komu my kibicujemy skoro obydwie zawodniczki są Polkami, odpowiedź jednak była zbyt oczywista :D W miarę upływu czasu kort stawał się coraz bardziej pusty, dlatego też w ostatnim secie postanowiliśmy dopingować Agę zza pleców :) nie chwaląc się nic a nic byliśmy nawet mistrzami drugiego placu w Eurosporcie :p (o nieeee przegapiliście to? spokojnie wszystko jest udokumentowane w galerii :D). Po zaciętej walce trwającej blisko trzy godziny wygrała nasza ... Agnieszka Radwańska! :) W domu byliśmy około 00:30, po wymianie na gorąco paru spostrzeżeń udaliśmy się do swoich pokoi, bo przecież czwartek to normalny dzień pracy ... ekhmmm no w sumie to niekoniecznie dla mnie ale chłopaki musieli wstać wcześnie rano :) No właśnie a propos pracy to od prawie miesiąca jestem na przymusowych wakacjach spowodowanych zwolnieniem z kawiarni i niemożnością uzyskania certyfikatu z odbytego kursu, co wcale nie jest powodem do radości. Wyobraźcie sobie, że zrobiony pod koniec listopada kurs pierwszej pomocy musiałam zrobić raz jeszcze bo szanowna pani prowadząca była na wakacjach i miała za przeproszeniem gdzieś, że ja od miesiąca czekam na jej dokument potwierdzający mój udział w kursie. W Australii trzeba nauczyć się żyć według pewnych zasad. Przez ten krótki okres pobytu tutaj wiem już, że nic nie da się załatwić bez wymaganych dokumentów, wszystko musi być potwierdzone milionem kursów (za które oczywiście płaci się średnio po 100$) a gdy to już się pozałatwia to cała reszta jest "no worries". Tak więc po licznych perturbacjach, tygodniach upraszania się o swoje dokumenty jutro zaczynam normalną pracę jako ratownik na basenie :) jedyne co mnie niepokoi to konieczność ponownego przyzwyczajenie się do wczesnego wstawania. Myślałam, że nie może być już gorzej ale ... wiecie co jest gorsze od pobudki o 4:55? pobudka o 4! :/ Taaaa ... i tym jakże optymistycznym akcentem kończę me dzisiejsze wypociny :)
See Ya!
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz