wtorek, 3 stycznia 2012

święta święta i po świętach ...

Jakże prawdziwe jest to powiedzenie w każdej części świata. Czy Wam okres świąteczno - sylwestrowy też minął tak błyskawicznie?
U nas zaczęło się od wyjazdu współlokatorów na Fidżi. We wtorek przed świętami z samego rana pożegnaliśmy ich życząc udanej zabawy. Trzeba przyznać, że początkowo było trochę pusto i dziwnie ale później stwierdziliśmy, że jak po trzech miesiącach pobytu tutaj dostąpiła nas taka nobilitacja, że cały wielki dom w Australii mamy dla siebie to trzeba to jak najlepiej wykorzystać :) jako, że szkołę zakończyliśmy na tydzień przed świętami postanowiliśmy zagospodarować popołudniowy czas na przygotowanie świątecznych specjałów. O pierniczkach już pisałam, wyszły wyśmienite, z lukrem, bez niego, z posypką i zupełnie gołe. Wszystkie jak na pierwszy raz (nie chwaląc się :D) były naprawdę smaczne. Po piernikowym sukcesie postanowiliśmy również spróbować swoich sił przy pierogach. Najpierw farsz - kapusta z grzybami przyprawiona na ostro, na drugi dzień lepienie. Łącznie uszek i pierogów wyszło niespełna 100, trochę obawialiśmy się smaku dlatego też od razu jeden z nich wylądował w garnku na próbę (nie chwaląc się :D) - rewela! Nic tylko lepić pierogi i sprzedawać Polakom. Niezły biznes można by było rozkręcić :D jak tylko dopadnie nas kryzys finansowy na pewno pomyślimy nad tym poważniej :) Reszta przedświątecznego tygodnia przebiegła całkiem spokojnie, gdyby nie jeden mały incydent piątkowego popołudnia. W pracy na godzinę przed końcem szef poprosił mnie do małego pomieszczenia gospodarczego w bliżej nieokreślonym celu. Pomyślałam sobie, że skoro święta tuż tuż może szykuje się jakiś mała świąteczna premia, mały świąteczny upominek, uścisk ręki prezesa albo przynajmniej szczere świąteczne życzenia ... tym czasem ... szef rozpoczyna tymi oto słowy: "Życzę Ci Wesołych Świąt ... ale nie potrzebuję Cię po przerwie [...]". Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, szok i niedowierzanie. Z jednej strony radość bo przez ostatni tydzień zastanawiałam się jak mu powiedzieć, że po świętach odchodzę ale z drugiej ... jak można być tak bezduszną, pozbawioną wszelakich uczuć osobą, która zwalnia pracownika z uśmiechem na ustach na godzinę przed świętami, dodatkowo życząc mu wesołych świąt i rekomendując miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć w okolicach Sydney! Życie moi mili Państwo, życie ... :) nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło, przecież każdy koniec jest początkiem czegoś nowego, co w moim przypadku oznacza pracę na basenie, ale o tym później. Moje zwolnienie z pracy postanowiliśmy uczcić na zakupach :D tak byliśmy zaaferowani przecenami i wszelkiego rodzaju obniżkami, że zapomnieliśmy o prezentach ... Wobec tego nadrobić trzeba to było w sobotę z rana, żar lejący się z nieba i tłumy ludzi wcale nam tego nie ułatwili ale każdemu z nas udało się znaleźć jakiś upominek. Około południa rozpoczęliśmy przygotowania do wigilii ... zakupiliśmy biały obrus, puściliśmy polskie kolędy, na stole barszcz z uszkami, pierogi, krokiety, karp ... no dobra tilapia, ale ryba to ryba :D aaa no i jakże mogłam zapomnieć o pysznej sałatce warzywnej! Właśnie w taki sposób próbowaliśmy przynajmniej w pewnym stopniu zorganizować polską, świąteczną atmosferę. Nawet udaliśmy się na pasterkę do polskiego kościoła, jednak nic z tego. Za żadne skarby świata święta w Australii nie będą takie jak święta w Polsce. Niepowtarzalna moc, która panuje 24 grudnia w Polsce jest ... niepowtarzalna! :) i nic jej nie zastąpi. Mimo tego pierwszą wspólną wigilię możemy w pewnym sensie zaliczyć do udanych :)
Pierwszy dzień świąt (to właśnie w tym dniu Australijczycy obdarowują się prezentami) postanowiliśmy spędzić w gronie znajomych. Wykorzystaliśmy fakt, bycia włodarzami domu i zaprosiliśmy szkolnych kolegów, z których każdy miał przynieść jakieś jedzenie, które jest specyficzne dla danego kraju w okresie świąt. Tym oto sposobem mieliśmy okazję posmakować koreańską wołowinę z ryżem, czeską sałatkę ziemniaczaną, brazylijskie brigadeiro i ciasto, które przypominało polskiego murzynka, a także kolumbijskie arepa. Nie zabrakło również tradycyjnego australijskiego BBQ :) Impreza udała się doskonale, wraz z czeską koleżanką i resztą Polaków pokazaliśmy kolegom z Azji i Ameryki Południowej jak tańczyć do słowiańskich szlagierów! Niezapomniane przeżycie! :) Co najlepsze, wszelkie nasze obawy przed zorganizowaniem tak dużej imprezy w domu zostały rozwiane zaraz po jej zakończeniu, kiedy to udało nam się ogarnąć dom po takiej imprezie w całe 15 min :)
Drugi dzień świąt (którego w Australii tak naprawdę nie ma) to Boxing Day. Zdecydowaliśmy przekonać się na własnej skórze czy rzeczywiście opłaca się być tego dnia w sklepie. Początkowo (a byliśmy w sklepie przed południem) stwierdziliśmy, że chyba coś tu nie gra. Wprawdzie witryny sklepowe co rusz kusiły ogromnymi obniżkami, jednak tłok w sklepie był całkiem przeciętny, co nas ucieszyło bowiem mogliśmy spokojnie przeglądać interesujące nas produkty. Udało nam się zakupić parę rzeczy po atrakcyjnych cenach ale jak to się mówi szału nie było, wobec czego by nie zmarnować całego dnia zdecydowaliśmy wrócić do domu. Jakież było nasze zdziwienie gdy między godziną 15 a 16 próbowaliśmy przemknąć przez jedną z głównych ulic Sydney. Tysiące ludzi, kolejki do sklepów po 10 - 20 metrów, tłum jak podczas pielgrzymek Jana Pawła II do Ojczyzny ... naprawdę, coś niesamowitego w życiu bym nie pomyślała, że można stać godzinę w kolejce żeby dostać się do wymarzonego sklepu tylko po to żeby przekonać się, że ulubiona sukienka, na którą polowałam cały rok właśnie została sprzedana :D No ale nic, każdy robi to co lubi ... tak oto minął nam okres Świąt Bożego Narodzenia w kraju kangurów :)
Kolejny tydzień zapowiadał się zupełnie przeciętnie, Bartek wrócił do pracy, a ja rozpoczęłam dni próbne na basenie Ian Thorpe Aquatic Centre. Obiekt mieści się praktycznie w samym centrum Sydney, 50 metrowy basen + 2 mniejsze brodziki no i całkiem nieźle wyposażona siłownia :) jako dodatkowy ratownik na zmianie musiałam zapoznać się ze wszystkimi zadaniami, które obowiązują zarówno na rannej jak i wieczornej zmianie. Nic skomplikowanego, całkiem sympatyczna atmosfera, bardzo przyjaźnie nastawieniu ludzie i co najważniejsze dwóch Polaków piastujący stanowisko kierownika zmiany (od razu człowiek czuje się pewniej gdy widzi swoich :D). W tym tygodniu czekają mnie trzy kolejne zmiany próbne po których mam nadzieję zostanę uwzględniona w styczniowym grafiku :)
Końcówkę roku (mam tutaj na myśli sylwestra) mimo niewielkich perturbacji zaliczyć należy również do udanych. Mieliśmy mały dylemat czy wybrać się z samego rana pod Darling Harbour, by zobaczyć sławne na całym świecie fajerwerki, czy spędzić go w kameralnym gronie polskich znajomych w ich mieszkaniu. Wybraliśmy drugą opcję i chyba dobrze się stało bo fajerwerki widać było całkiem nieźle, a przynajmniej nie musieliśmy czatować na pokaz 10h, a no i widok na całe miasto był fantastyczny :) Jak się później okazało na imprezie byłam jedyną dziewczyną w gronie zacnych polskich mężczyzn. Mimo wszystko kolejna impreza na plus. Dzień następny jak każdy porządny, dobrze bawiący się podczas sylwestra człowiek spędziliśmy w łóżku. Takiego leniuchowania dawno nie było ale przyznać trzeba szczerze, że bardzo nam to pomogło w regenerowaniu sił :) za to bonusowy dzień wolny jakim był 2 styczeń spędziliśmy na Bondi Beach ładując swoje akumulatory energią pobieraną ze słońca :D

To by było na tyle w dużym skrócie o tym co u nas (jak widać mimo pewnych niedogodności wszystko całkiem nieźle).
Aaaa no i byłabym zapomniała! :)

W nowym roku Moi Mili wszystkim Wam (i każdemu z osobna) chcielibyśmy życzyć byście wszystkie postanowienia noworoczne przestali realizować już w styczniu, aby kolejne 11 miesięcy obecnego już Nowego 2012 Roku mogły upłynąć bez wyrzutów sumienia :) Oprócz tego wielu sukcesów w życiu osobistym i zawodowym, odwagi i odrobiny szaleństwa w podejmowaniu wszelakich decyzji. Dodatkowo zdrowia, wiele szczęścia i wszelkiej pomyślności :)

Ania i Bart

See Ya!

Brak komentarzy: