Jako, że ostatnimi czasy pogoda sprzyja różnego rodzaju wypadom, zwłaszcza weekendowemu plażowaniu postanowiliśmy wziąć piątek i sobotę wolną i w końcu wykorzystać zakupiony na gruponie voucher na wycieczkę do Port Stephens. Jakie było jednak nasze zdziwienie gdy okazało się, że wszystkie miejsca na nadchodzący weekend są już daaaaawno zarezerwowane. Nie ostudziło to jednak naszego zapału by wolne dni wykorzystać jak najlepiej, tym bardziej, że prognoza pogody też nam sprzyjała. Po licznych konsultacjach ze znajomymi, którzy mają spore doświadczenie w kempingowaniu zaplanowaliśmy nasz wyjazd na piątek rano, miała być Canberra i Jervis Bay, jednak z uwagi na fantastyczną pogodę plany te uległy nieznacznej modyfikacji ale wszystko od początku ... Wyprawa zaczęła się rano w piątek. Zanim jednak wyruszyliśmy w trasę odwiedziliśmy najbliższy sklep w celu zakupu namiotu i dwóch śpiworów, cobyśmy w nocy nie zmarzli i co najważniejsze nie zostali zjedzeni przez dziką zwierzynę :) Po szybkim śniadaniu, ekspresowym pakowaniu i pomyślnych zakupach z Sydney wystartowaliśmy około godziny 13:00, nie był to najlepszy czas operacyjny ale mimo to wszystko od tego momentu z sekundy na sekundę przebiegało coraz sprawniej i co najważniejsze ciekawiej :) Kilkaset metrów od naszego domu bieganie droga krajowa numer 1 tzw. "Princess Highway", na którą to wjechaliśmy. Po kilku minutach, bez korków i zbędnego ścisku byliśmy poza miastem, a tam co? A tam prawdziwa Australia! Od samego początku naszą uwagę przykuły malownicze tereny. Zielona trawa, wzgórza, pagórki, a z lewej strony od czasu do czasu ukazujący się błękit oceanu zlewający się na horyzoncie z błękitem nieba. Coś niesamowitego! Po niespełna 150 kilometrach plany nasze uległy zmianie po raz kolejny. Zamiast skręcić w lewo na Jervis Bay postanowiliśmy wykorzystać czas, który pozostał nam do wieczora by dojechać aż na Pebbly Beach. Żeby dotrzeć na miejsce musieliśmy zjechać z głównej trasy i wjechać jakieś 8 kilometrów w głąb buszu. Wprawdzie już podczas drogi naszym oczom w oddali przemknęły gdzie nigdzie odpoczywające pod drzewami kangury ale to co ujrzeliśmy na miejscu było istną kangurową inwazją! Między domkami kempingowymi gdzie chodziliśmy w poszukiwaniu właściciela pola namiotowego odpoczywały sobie całe ich stada (przyznam szczerze, że porządnie się na początku wystraszyłam ale całe szczęście mam Pyszczka, który udowodnił mi, że nie taki diabeł straszny jak go malują :D). Po rozbiciu namiotu w samym sercu australijskiego buszu ruszyliśmy na oddaloną o 200 metrów plażę :) Biegające po zielonej trawie kangury i zachód słońca po pięciu miesiącach uświadomił nam w końcu, że naprawdę jesteśmy w Australii :) Po dniu pełnym wrażeń ulokowaliśmy się w namiocie i próbowaliśmy zasnąć, nie było to jednak takie proste z uwagi na twardą i niewygodną ziemią, na której przyszło nam leżeć oraz dające co rusz znać o swoim istnieniu, przeskakujące obok kangury. Obudziliśmy się około 6 rano, zaspani wyskoczyliśmy z namiotu i czym prędzej ruszyliśmy na wschód słońca. Mijając pasące się przy plaży kangury wdrapaliśmy się na skały, z których mieliśmy niezapomniany widok nie tylko na wschodzące słońce, ale także na pływające w oddali delfiny. Przed godziną 8 wróciliśmy w okolice namiotu gdzie zjedliśmy tuńczyka z bułką, uregulowaliśmy opłatę za nocleg i ruszyliśmy z powrotem na północ w kierunku wspomnianej już wcześniej Jervis Bay. Na teren Parku Narodowego Booderee dotarliśmy przed południem, pewni, że znajdziemy tam kolejne miejsce noclegowe ruszyliśmy czym prędzej w południowym kierunku zatoki - na Brostol Point. Wyobraźcie sobie drodzy czytelnicy jakież było nasze zaskoczenie gdy po wykonanym telefonie dowiedzieliśmy się, że na terenie całego parku nie ma ani jednego miejsca noclegowego (przecież tam wokół była maaaasa wolnego miejsca, ale każdy kemping ma określoną liczbę miejsc i ani osoby więcej ...) Nie zniechęciło nas to jednak do skorzystania z zakupionego przy wjeździe na tern parku biletu parkingowego, który obowiązywał cały dzień. Zaparkowaliśmy więc samochód w rzeczonym uprzednio kempingu Bristol Point i zeszliśmy na dół na plażę. To co ukazało się naszym oczom było kolejnym niezapomnianym widokiem minionego weekendu. Bialutki piasek (nie na daremno Jervis Bay nazywana jest zatoką jednych z najbielszych piasków na świecie), czyściutka woda i praktycznie żywej duszy wokół. Odpoczynek na plaży pozwolił nam zrelaksować się za wszystkie czasy, a i z pewnością naładowaliśmy akumulatory na nadchodzący, pracowity tydzień. Jako, że wciąż nie mieliśmy gdzie spać postanowiliśmy wyruszyć na północną część zatoki. Po drodze w okolicach Huskisson naszą uwagę przykuły unoszące się ponad drzewami latawce, zeszliśmy na dól na plażę gdzie podziwiać można było zarówno skaczących na falach kitesurferów jak i pływających w ślizgu windsurferów. Decyzję o pozostaniu na noc w tym miejscu podjęliśmy jednogłośnie, wciąż pozostającym problemem był jednak brak miejsca postojowego. Odwiedziliśmy zatem najbliższy kemping, w którym powiedziano nam, że prawdopodobnie na całej zatoce nie ma już miejsc kempingowych ... lekko zrezygnowani podpytaliśmy recepcjonistę czy aby na pewno nie jest w stanie wcisnąć gdzieś naszego malutkiego namiociku. Po chwili namysłu stwierdził, że ma pół miejsca, które z reguły jest raczej nie udostępniane, ze względu na niedogodne położenie. Co się okazało? Dostaliśmy najlepszą miejscówkę na polu namiotowym i to za pół ceny! Wprawdzie zaraz obok jakiejś drewnianej szopy i w niedalekiej odległości od koszy na śmieci ale za to 100 metrów od wody! Swoją drogą stwierdziliśmy również, że niezłe marnotrawstwo na tych kempingach ... domki z trawnikiem, namioty w odległościach przynajmniej pięcio metrowych, wiecie ile tam można by jeszcze ludzi upchnąć?! :D Po udanej akomodacji wybraliśmy się nad zatokę by skonsumować obiadokolację w postaci rolmopsów wprost z ALDI'ka :D Pierwsze śledzie od czasu naszego przyjazdu tutaj smakowały jeszcze lepiej niż zwykle :) Najedzeni już i szczęśliwi wskoczyliśmy jeszcze do krystalicznie czystej wodzie i wróciliśmy do namiotu. Po szybkim prysznicu (bez zapomnianych z domu: szamponu, szczotki do włosów i reszty przydatnych kosmetyków poszło mi to nad wyraz sprawnie i szybko:D) udaliśmy się do centrum miasteczka. Miejsce to okazało się być bardzo przyjemne i spokojne, w centralnej części jedna uliczka z malutkimi knajpkami i kawiarenkami wypełnionymi przez ludzi. Przespacerowaliśmy się po okolicy, wsunęliśmy ogrooooomne lody gałkowe i wróciliśmy w okolice namiotu, gdzie siedzieliśmy sobie jeszcze dłuższą chwilę przy zimnym piwku. Spokój i ciszę co jakiś czas zakłócały nam kicające obok królik lub szukające w koszu pożywienia posumy :) Po kolejnej "twardo" przespanej nocy obudziły nas obolałe kręgosłupy i spadające mozolnie na tropik krople deszczu - pogoda wróciła do normy :D W taką pogodę nie było już czego szukać na białych piaskach zatoki, postanowiliśmy więc wyjechać w kierunku Sydney zaraz po śniadaniu. Jako, że w drodze powrotnej deszcz nie był zbyt intensywny postanowiliśmy wrócić trasą przy oceanie. Droga wiodące przez Wollongong i Royal National Park upłynęła szybko, sprawnie i baaaardzo malowniczo :) w domu byliśmy około godziny 15. Tyle pokrótce na temat naszego pierwszego, samodzielnego wypadku za miasto. W razie problemów z imaginacją odsyłamy do galerii :D
W zeszłym tygodniu byliśmy również na Australian Open of Surfing ale ze względu na brak sprzyjających warunków pogodowych zawody te nie były zbyt efektowne. Skorzystaliśmy więc jedynie z uroków Manly Beach i wróciliśmy do domu :)
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz