Jako, że Bart zobowiązał się do zaserwowania mi dziś na obiadokolację pizzy "home- made" ja postanowiłam uzupełnić pewne niedobory, braki i zaległości na blogu. Zacznę od zeszłej soboty, kiedy to w Sydney miała miejsce Mardi Gras. Co to takiego? Już śpieszę z wyjaśnieniami :) mianowicie ... Mardi Gras jest to doroczna parada gejów i lesbijek. Początkowo do pomysłu wzięcia w niej udziału w roli obserwatorów nastawieni byliśmy sceptycznie. Nie tylko ze względu na niesprzyjające tego dnia warunki pogodowe (deszcz lał się z nieba strugami), ale także ze względu na obawy, że parada będzie raczej przemarszem równości, wielką pikietą z ant-homofobicznymi transparentami i krzykami. Tym czasem zostaliśmy bardzo miłe zaskoczeni ... Przybyliśmy na miejsce parę minut wcześniej, przemieszczające się w różnych stronach tłumy ludzi i deszcz nie ułatwiał nam znalezienia odpowiedniego miejsca widokowego, jednak po paru minutach znaleźliśmy najbardziej dogodny punkt. Wprawdzie sama lokalizacja pozostawiała wiele do życzenia, bowiem parę zasłaniających głów wciąż stało przed nami ale i tak ze wszystkich możliwych miejsc te było chyba najlepsze. Planowo parada miała zacząć się o 19:30, jednak deszcz i pewne problemy techniczne opóźniły start o parę chwil, mieliśmy to szczęście, że umiejscowieni byliśmy na jej początku, także na pierwszych uczestników nie musieliśmy czekać zbyt długo. To co zobaczyliśmy zaskoczyło nas niesamowicie. Parada nie była żadną anty-pikietą, lecz zorganizowaną z wielką pompą, kolorową, muzyczną paradą społeczności homoseksualnej. Około 9000 uczestników z różnych części świata, nie zwracając uwagi na lejący się z nieba deszcz bawiło się wyśmienicie. Zarówno my jak i kolega, z którym byliśmy doszliśmy do wniosku, że chętnie wzięlibyśmy udział w takiej imprezie (Bart po krótkiej obserwacji stwierdził nawet, że chętnie zostałby lesbijką :D). Na mecie przemarszu na jej uczestników czekało małe afterparty z główną gwiazdą- Kylie Minogue na czele, my z kolei lekko przemoczeni ale za to w wyśmienitych nastrojach postanowiliśmy urządzić sobie swoje afterparty gdzieś na mieście. Mały, klimatyczny klubik z bardzo dobrą muzyką posłużył nam tego wieczoru za imprezownię :) Do domu dotarliśmy wcześnie nad ranem, dlatego też nie mieliśmy możliwości zregenerowania sił przed nadchodzącym tygodniem. Szkoda nam było przeznaczyć jedyny wolny dzień jaki mamy w tygodniu - niedzielę na leniuchowanie w łóżku, dlatego też po szybkiej wizycie w kościele ruszyliśmy na zakupy gdzie wydaliśmy pół wypłaty (ale opłacało się, wróciliśmy zadowoleni :D). W tygodniu za to zmęczenie dawało o sobie znać każdego kolejnego dnia, dodatkowo jak się rozchorowałam a Bart zaliczył pierwsze w życiu nocki... takie to życie biednych Polaków w kraju kangurów ciężkie :D Siły udało nam się zregenerować dopiero wczoraj. Mimo ładnej pogody zaraz po powrocie z pracy rozpoczęliśmy filmowe leniuchowanie. Dopiero dziś doszliśmy do wniosku, że grzechem byłoby kolejny dzień nic nie robić, dlatego też wybraliśmy się do centrum miast aby zwiedzić The Rocks. Jest to najstarsza dzielnica Sydney, Australii chyba jak się nie mylę również. To właśnie tutaj w 1788 roku dotarła Pierwsza Flota brytyjska pod dowództwem gubernatora Philipa ze skazańcami na pokładzie. W dzielnicy tej udało nam się zobaczyć Cadman's Cottage - najstarszą zachowaną w Sydney budowlą, zbudowany w 1844 roku pub Hero of Waterloo, kościół garnizonowy, a także weekendowy targ z wieloma rodzimymi rękodziełami. Jako, że cała strefa ścisłego centrum jest płatna, dlatego też samochód zaparkowaliśmy dopiero po drugiej stronie Royal Botanic Gardens, w dzielnicy Woolloomooloo, którą również odhaczyliśmy na naszej liście miejsc koniecznego zwiedzenia. W drodze powrotnej we wspomnianych już ogrodach natrafiliśmy na stado oswojonych kakadu, które baaaardzo chętnie pozowały do zdjęć :)
To by było na tyle, uciekam bo chyba pizza już gotowa! :p życzymy wszystkim słonecznej niedzieli i pogodnego tygodnia! :)
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz