25 kwietnia w Australii to tak zwany ANZAC DAY. Jest to święto państwowe upamiętniające wszystkich poległych w walkach za ojczyznę żołnierzy Australii i Nowej Zelandii. Data ta nie została wybrana przypadkowo, nawiązuje ona bowiem do rozpoczętej 25 kwietnia 1916 roku bitwy o Galiipoli. Można było zaobserwować, że Australijczycy są bardzo emocjonalnie przywiązani do tej daty. W wielu miastach tego dnia odbywają się wojskowe przemarsze, główną tematyką większości programów telewizyjnych jest tematyka wojskowa a w knajpach kwitnie życie towarzyskie, którym wtórują obwieszeni wszelkiego rodzaju odznaczeniami weterani. Jako, że w Polsce świąt państwowych pod dostatkiem, tym bardziej tych o tematyce wojskowej postanowiliśmy spędzić ten dzień zupełnie inaczej niż nakazywała tutejsza tradycje, tym bardziej, że oboje mieliśmy wówczas dzień wolny od pracy i szkoły. Mimo, że z dnia na dzień aura robi się coraz chłodniejsza a zamiast wskakiwać w krótkie spodenki zaczęliśmy wygrzebywać z szafy długie spodnie zgodnie ustaliliśmy, że słonecznie rozpoczęty dzień spędzić należy koniecznie w plenerze. Nasz cel: Blue Mountains, albo jak kto woli, po prostu Góry Błękitne, których nazwa nawiązuje do unoszącej się nad okolicą błękitnej mgiełki olejków eukaliptusowych. Do oddalonej o nieco ponad 100 kilometrów Katoomby, miejscowości która jest jednym z głównym ośrodków turystycznych Gór Błękitnych dotarliśmy około godziny 10:00. Wiatr wiał z taką prędkością, że gdyby nie zabrane "na wszelki wypadek" kurtki nic by z naszej wyprawy nie wyszło. Początkowo nie wiedzieliśmy dokładnie co chcemy zobaczyć i gdzie pójść bowiem powierzchnia Parku Narodowego jest na tyle duża, że jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za mało, jednak po krótkim namyśle zdecydowaliśmy, że w pierwszej kolejności zaliczyć należy główny symbol gór - Trzy Siostry.
Jest to charakterystycznie wyglądająca formacja skalna, na temat której powstała aborygeńska legenda , która głosi, że w kamieniach trzy siostry uwięził ojciec, by uchronić je przed duchem zwanym bunyip. Ile w tym prawdy wie tylko ojciec trzech sióstr, którego nikt nigdy prawdopodobnie nie widział :) Prawdą jest jednak to, że przed wyprawą udaliśmy się po szybki plan wycieczki do pobliskiego punktu informacyjnego i ruszyliśmy w drogę. Z tzw. "echo point" z którego podziwiać mogliśmy fantastyczny widok ruszyliśmy w kierunku wieeeeelkich schodów, liczących około 900 stopni, które wiodły do podnóża rzeczonych sióstr. Schody w pewnych momentach były na tyle strome, że wyprawa w dół była niesamowicie męcząca. Nieużywane na co dzień mięśnie, rozgrzały się na tyle, że gdy dotarliśmy na dól nogi trzęsły się ze zmęczenia prawie tak jak przed poprawkowym egzaminem ze statystyki :) Dolny odciek wyprawy podczas, którego napawać mogliśmy się urokiem gór był był już bardziej przyjemny. Po koło 2 godzinach spaceru dotarliśmy do najbardziej stromej kolejki na świecie zwanej Scenic Railway, która zabrała nas z powrotem na szczyt. Sama wyprawa trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund ale frajda jej towarzysząca zostanie w pamięci na długo. Po szybkiej kawie i chwili wytchnienia spacerem, na równi z kolejką linową dotarliśmy do samochodu. Wprawdzie wyprawa nie była specjalnie długa i wyjątkowo męcząca, ale możliwości spędzenia paru godzin poza miastem pozwoliła na chwilę odpoczynku po monotonnych dniach spędzonych w pracy i szkole.
Poza wspomnianą wycieczką wszystko po staremu :) praca wre, mózgi w szkole się lasują... W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy również imprezę pożegnalą znajomego, który w poniedziałek zakończył swą przygodę z Australią , parę wesołych fotek dołączamy do galerii.
A oprócz tego ... wszystkim majówkowiczom życzymy dużo słońca i schłodzonego piwa. W wolnej chwili pomyślcie o biednych studentach na emigracji, którzy wciąż muszą wstawać o 4:30 by stać ich było na powrót do kraju :D
See Ya!
See Ya!
2 komentarze:
.
kjoj
Prześlij komentarz