piątek, 6 kwietnia 2012

Melbourne i okolice

Dosyć długo nie dawaliśmy znaku życia, a to dlatego, że nic ciekawego się nie działo a nie chcieliśmy zanudzać starymi, przeżutymi już tematami pracy i szkoły :) Jedyne, godne uwagi wydarzenia, jakie miały miejsce w minionym okresie to zaliczony Dzień Świętego Patryka i rozpoczęcie dwu tygodniowych wakacji. Pierwsze ze wspomnianych wydarzeń jak zapewne bardzo dobrze wiecie miało miejsce 17 marca, jako, że tego dnia przypadła sobota postanowiliśmy wyskoczyć do centrum na potańcówkę. Trzypiętrowy klub o nazwie „retro” okazał się być wyśmienitym wyborem. Muzyka z dawnych lat, dużo miejsca do tańczenia i całkiem przyjemne towarzystwo umożliwiło nam dobrą zabawę. Na koniec szybki kebab i powrót do domu. Nasze zmęczenie tego wieczoru sięgnęło zenitu, dlatego też postanowiliśmy złapać taksówkę … nie jest to jednak takie łatwe jakby się mogło wydawać, zajęło nam to dobrą godzinę ale na szczęście cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce gdzie zażyć mogliśmy upragnionego i zasłużonego snu po ciężkim tygodniu pracy.

Drugie z wydarzeń to rzeczone wakacje, które rozpoczęliśmy 23 marca. Jako, że trwają one zaledwie dwa tygodnie postanowiliśmy wykorzystać je maksymalnie. Wraz z początkiem kwietnia wzięliśmy w pracy mały urlop i odwiedziliśmy znajomych w Melbourne, a przy okazji zwiedziliśmy nowe zakątki Australii. Z Sydney wyjechaliśmy w sobotę skoro świt, nie było to łatwe przedsięwzięcie bowiem po całym tygodniu pracy człowiek wolałby odpocząć i nie w głowie mu wczesne wstawanie ale koniec końców nie było tak źle i wyruszyliśmy parę minut po 7 rano. W kierunku Melbourne postanowiliśmy jechać wybrzeżem. Klarowny wschód słońca, napotykane po drodze co rusz grupy rowerzystów, a także stada latających nad samochodem kakadu dały nam do zrozumienia, że dzień ten będzie słoneczny, ciepły i przede wszystkim niezapomniany. Pierwszy przystanek postanowiliśmy zrobić po niespełna 500 kilometrach (nie licząc krótkiej przerwy na mcdonaldową kawę :p), czyli w sumie po około 7h ciągłej jazdy. Zatrzymaliśmy się w niewielkim miasteczku o jakże wdzięcznej nazwie – Eden. Zaciszny porcik rybacki, widok na ocean i standardowe dla Australijczyków „fish & chips” pozwoliły na chwilę wytchnienia podczas drogi. Dodatkową atrakcją była zaobserwowana przez nas (prawdopodobnie) uchatka zajadająca się (prawdopodobnie) rybą, pewności jednak nie mamy bowiem żadni z nas specjaliści w tej dziedzinie. Lekko wypoczęci, dotankowani benzyną ruszyliśmy w dalszą drogę Princess Highway, na której po przejechaniu około 520 kilometrów przekroczyliśmy granicę Stanu Wiktoria. Podczas drogi postanowiliśmy nieco zboczyć z trasy i zahaczyć o malutką wioskę rybacką Mallacoota, w której przy rozpoczynającym się zachodzie słońca podziwiać mogliśmy masę pływających po zatoce pelikanów. Nie chcąc tracić cennych kilometrów jechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Około godziny 20:00, po 13h podróży i nieco ponad 750 kilometrach dojechaliśmy do Lakes Entrance gdzie rozłożyliśmy nasze fotele do pozycji poziomej i przenocowaliśmy na przydrożnym parkingu. Noc minęła bardzo przyjemnie i co najważniejsze wygodnie! Ford Laser sprawdził się wyśmienicie w charakterze backpakerskiego campera :) Około godziny 6 rano obudziliśmy się w zaparowanym samochodzie, jako, że tego dnia, a właściwie nocy zmienialiśmy czas z letniego na zimowy poranek był już całkiem przejrzysty. By rozprostować kości i nabrać świeżości wybraliśmy się na plażę, która znajdowała się w odległości 300 metrów od parkingu, wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę do Melbourne. W okolicach 10 głód śniadania dał o sobie znać. Samo śniadanie to rzecz nieszczególnie skomplikowana jednak jak ma się przed sobą 100 km asfaltowej drogi bez żadnych punktów postojowych staje się to znacznie bardziej problematyczna. Koniec końców napełniliśmy przyssane do kręgosłupa brzuchy i ruszyliśmy w trasę, na której tylko gdzieniegdzie zaobserwować można było potrącone kangury i wombaty. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyś nie zboczyli „lekko” z trasy. W odległości 50 kilometrów od głównej drogi rozciągały się przepiękne widoki „Wilsons Promontory National Park”, zaraz po przekroczeniu bramek wjazdowych mieliśmy bliskie spotkanie z kangurem, który nieomal stracił życie pod kołami naszego samochodu, całe szczęście refleks Pyszczka pomógł mu wyjść z opresji cało :D Planowaliśmy dojechać do najbardziej wysuniętej na południe lądowej części Australii ale okazało się, że od pewnego momentu drogę tę pokonać można jedynie pieszo, także po szybkim prysznicu w ogólnodostępnej łazience zawróciliśmy w kierunku głównej trasy, gdzie po drodze spotkaliśmy trzy dostojne prezentujące się strusie emu. Pora była dosyć wczesna, pogoda słoneczna, dlatego też zamiast wprost do miasta pojechaliśmy najpierw na Phillip Island. Chcieliśmy zobaczyć tam stada wychodzących z wody pingwinów, które są główną atrakcją wyspy. Okazało się jednak, że musielibyśmy czekać około trzech godzin (bowiem opuszczają one wodę wraz z początkiem wschodu słońca), dlatego też zwiedziliśmy wyspę bardzo pobieżnie i obraliśmy azymut na dzielnicę Ormond w Melbourne. Na miejscu byliśmy około godziny 20:00, gdzie przywitał nas Krzysiu. Po paru godzinnej wymianie poglądów na temat odczuć dotyczących życia na obczyźnie i dniu pełnym wrażeń nie byliśmy w stanie doczekać powrotu Doroty z pracy, zasnęliśmy natychmiast. Pierwszego dnia pobytu w mieście wybraliśmy się na kolejkę parową w Góry Dandenong. Podczas 6 godzinnej wycieczki Puffing Billy, która wiodła przez lasy i pola uprawne z Belgrave do Gembrook mogliśmy poczuć się niczym turyści u progu XX wieku. Korzystając z prawie dwu godzinnej przerwy w Gembrook wybraliśmy się na wyśmienitą kawę z widokiem na góry w gratisie. Wieczorem z kolei Dorota z Krzysiem zabrali nas na plażę St Kilda gdzie podziwiać mogliśmy wracające do swych norek pingwiny :) Widok był oszałamiający, pingwiny pozowały niczym gwiazdy przed rozdaniem Złotych Palm w Cannes, jednak nie mogliśmy w pełni wykorzystać ich potencjału bowiem wolontariusze pilnowali aby nikt nie oślepiał ich światłem lamp błyskowych, a czerwone światło latarek było niewystarczające. Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się do centrum miasta. Jako, że czasu nie było za wiele zwiedziliśmy jedynie bardzo pobieżnie ścisłe centrum wraz z  Queen Victoria Market, wjechaliśmy również na 89 piętro najwyższego budynku w Melbeourne – Eureka, oraz wypiliśmy szybie piwko nad rzeką Yarra. Wieczorem umówieni byliśmy na grilla do znajomych, którzy mieszkają w Australii od 30 lat. Natalia z Olą i Darkiem przywitali nas bardzo ciepło, grillową atmosferę urozmaiciliśmy zachodem słońca nad zatoką Port Phillip, która znajdowała się w odległości około 500 metrów od domu. Po udanym spotkaniu wróciliśmy do Doroty i Krzysia by wyspać się przed czekającą nas drogą powrotną. Wstaliśmy wcześnie rano bo o 5. Po szybkiej toalecie porannej wyruszyliśmy w dłuuuugą drogę. Jako, że nie lubimy ułatwiać sobie życia postanowiliśmy pojechać „lekko” za Melbourne by zobaczyć Dwunastu Apostołów- zerodowane monolity, które znajdują się przy brzegu Parku NarodowegoPort Campbell. 280-kilometrowa droga do obranego punktu wiodła przez 180-kilometrowy odcinek Great Ocean Road, z którego podziwiać mogliśmy urwiste klify i wzburzone wody oceanu. Trasa ta jest niezwykle kręta i w niektórych momentach bardzo wąska dlatego też pokonanie tego etapu z przerwą na śniadanie zajęło nam około 6 godzin. Podziwianie Dwunastu Apostołów oraz Loch Ard Gorge przy sprzyjającej pogodzie jest przeżyciem niezapomnianym, które z czystym sumieniem polecamy każdemu. Jako, że wciąż długa droga była przed nami, a dzień skłaniał się ku końcowi ruszyliśmy w dalszą trasę z punktem docelowym w Sydney. O tej porze roku dzień w Australii kończy się bardzo szybko, około godziny 18:00 zachodzi słońce i zaczyna się robić szaro. Mimo to próbowaliśmy pokonać jak najwięcej kilometrów, to w okolicach godziny 23:00 zmęczenie było już tak silne, że postanowiliśmy zatrzymać się by odpocząć. Miejscem noclegowym był parking w miasteczku Benalla, całe szczęście w Australii toalety publiczne znajdują się praktycznie wszędzie i są otwarte całą dobę, także mogliśmy również nieco się odświeżyć. Ostatni dzień wyprawy rozpoczął się tuż po 6 rano wraz z dźwiękiem bartkowego budzika. Tym razem siedzenia w samochodzie nie wiedzieć czemu okazały się być mniej wygodne, jednak mimo wszystko obudziliśmy się całkiem wypoczęci i gotowi na dalsze przygody. Z punktu postojowego do autostrady było już tylko parę kilometrów, dlatego też od samego rana kolejne kilometry pokonywaliśmy nieco szybciej niż zwykle, to z kolei skłoniło nas do zboczenia z trasy po raz kolejny. Przed godziną 13 dotarliśmy do stolicy Australii – Canberry gdzie zwiedziliśmy stary i nowy parlament, a także Australian WarMemorial – pomnik wzniesiony dla upamiętnienia poległych na wojnach żołnierzy australijskich. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas fakt, że wejście do starego parlamentu gdzie podziwiać mogliśmy praktycznie każdą salę w swym pierwotnym wyglądzie kosztowało nas całe 2$ od głowy. Natomiast podziwianie pięknych i bardzo nowoczesnych wnętrz nowego parlamentu było zupełnie za darmo. Ogromne wrażenie zrobił na nas również wspomniany pomnik. W sali pamięci, gdzie znajdował się grób nieznanego żołnierza podziwiać mogliśmy piękne witraże, oraz ogromną złotą kopułę, którą zdobi jedna z największych na świecie mozaik. Parkingi w obrębie centrum były również zupełnie darmowe, a to z kolei ma się zupełnie przeciwnie do opłat parkingowych w centrum Sydney, które wynoszą bajońskie sumy. Mimo, że zwiedziliśmy zarówno Melbourne, jak i Canberrę bardzo powierzchownie zgodnie doszliśmy do wniosku, że stolica to miejsce dużo bardziej klimatyczne. Mimo sporej ilości ludzi na ulicach atmosfera w stolicy była bardziej spokojna i bezstresowa, co zupełnie ma się nijak do spieszących się ciągle tłumów ludzi na ulicach Sydney i Melbourne. Przepełnieni wrażeniami około godziny 17 zostawiając za sobą zachodzące słońce, ruszyliśmy w kierunku Sydney gdzie kończąc naszą wyprawę dotarliśmy o 21.
Podsumowując wycieczka była fantastyczna! 6 dni, 2981 kilometrów, strusie, kangury, pelikany, pingwiny, papugi, owce, krowy, Melbourne, Canberra i wiele niezapomnianych atrakcji przy pełni słońca jest naprawdę niesamowitym przeżyciem, które polecamy każdemu!

See Ya!

Bylibyśmy zapomnieli … Z okazji zbliżających się Świąt Wielkiej Nocy dużo zdrowia i pogody ducha. Świątecznej i rodzinnej atmosfery oraz smacznego jajka! :)

Ania i Bart


2 komentarze:

anula pisze...

halo Panstwo Aranovsci! :* jezeli nie sceimniacie, to tylko pozazdroscic;D co u Was miski kolorowe, jak swieta? czy kangurek przyniosl Wam prezenty?;> zamiast jezdzic tam i siam nie wolelibyscie poogladac tv? owsiki male... ;D;D 3 tys km, tyle to do Polszy macie, kiedy wracacie!??!?! :*:**:*::*:*:*:* Wasza Andzia i Aga tez sciska. Bart nie zostawaj lezbian! tesknimy, nie ma z kim na piwo chodzic;p

anula pisze...

super zdj, fajno Was widziec Pyszczki, wygladasz slicznie Anula, a Barcik jakis wychudzony, nic go nie karmisz! :*