niedziela, 10 czerwca 2012

huhu ha huhu ha ...

... przyszła do nas zima zła! Z dniem 1 czerwca w Sydney zawitała kalendarzowa zimna. Różni się ona jednak zdecydowanie od tej, którą pamiętamy z Polski. Główna różnica to ta, że nie będzie nam dane zobaczyć tutaj śniegu (no chyba, że wybralibyśmy się jakieś 500 km na południe gdzie w porze zimowej poszusować można na ośnieżonych stokach). Zima jest tutaj bardzo kapryśna, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać,  rano trzeba opatulić się po samą szyję by w południe wrócić z kurtką, bluzą i szalikiem w ręku. Czasami zdarza się również tak, że w przeciągu tygodnia jest tutaj wiosna, lato, jesień i zima. Najczęściej jednak jest deszczowo, wietrznie i co za tym idzie bardzo zimno (taka nasza polska jesień), lub słonecznie i ciepło (polska wiosna, tyle, że bez budzącej się do życia przyrody). Nie zmienia to jednak faktu, że w domu jest zimno niesamowicie, brak kaloryferów, czy jakiejkolwiek innej formy ogrzewania zmusza nas do zakupu piecyków, kocy elektrycznych czy innych tego typu sprzętów. Różnego rodzaju choróbska próbują nami zawładnąć ale radzimy sobie jak możemy! Cytryna, miód, czosnek to ponadczasowe medykamenty chroniące nas przed przeziębieniami :) Tego typu pogoda nie sprzyja również żadnym wyprawom, dlatego zarówno na blogu jak i w życiu panuje stagnacja :) Nawet jakbyśmy bardzo chcieli sobie urozmaicić życie to  w trybie praca - szkoła - praca - szkoła - praca - szkoła jest to niemożliwe ... ale już niedługo! Jeszcze tylko jeden króciutki tydzień i trzy tygodniowe wakacje! :) taaak, cieszymy się niezmiernie, będzie trochę wiece czasu na leniuchowanie, łowienie ryb (jakbyście jeszcze nie wiedzieli to najnowsza pasja Bartka :D), nadrobienie zaległości filmowych i książkowych :) ambitne plany, ciekawe co z tego wyniknie. 
Mimo kiepskiej pogody i braku czasu udało nam się wybrać w piątek na trwający w Sydney od dwóch tygodni vivid festival. Impreza podczas której po zmroku podziwiać można pokaz światła i muzyki. Wiązki światła rzucane są na główne budynki w historycznej dzielnicy Sydney - Circular Quay. Obserwując operę mieliśmy wrażenie, że specyficzny, zrobiony na kształt muszli dach faluje w rytm grającej muzyki, z kolei kolorowe światła rzucane na resztę budynków przedstawiały różnorakie historie. Jako, że tego dnia, a właściwie tej nocy z niecierpliwością czekaliśmy na mecz otwarcia EURO 2012, to wycieczka nasz była ekspresowa. Zaraz po powrocie do domu, zebraliśmy czteroosobową ekipę kibiców i wyruszyliśmy do Klubu Polskiego w Ashfield. Była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu od momentu przyjazdu, no i  na wstępnie uderzające wrażenie jakoby czas zatrzymał się w miejscu. Wystrój klubu w charterze późnego Gomułki, wczesnego Gierka :D starsi panowie w dresach "polsport", no i sprzedający bilety kasjer z trudem mówiący po polsku. Całość bardziej przypominała skansen, czy muzeum, niż nowoczesny lokal znajdujący się w bardzo dobrze rozwiniętym gospodarczo kraju. Najsmutniejsze jest jednak to, że wystrój ten prawdopodobnie nie jest celowy. Wiele osób polskiego pochodzenia, mieszkających tutaj od lat nie zdaje sobie sprawy z postępu jaki na przestrzeni ostatnich lat dokonała się w Polsce, a obraz PRL'u jako synonimu Polski przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Nie jest to jednak istotą sprawy do której zmierzam, mianowicie mecz Polska - Grecja! :) Na miejsce przybyliśmy ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem, po znalezieniu wygodnych, ustawionych w odpowiedniej odległości od ekranu miejscówek czas oczekiwania umilał nam zimny półlitrowy żywiec, który w porównaniu z australijskimi butelkami  (z reguły 0,330 l) wydawał się być ogromny :D Tłumnie napływający fani piłki nożnej zapełnili salę na kilka minut przed godziną 2 w nocy, odśpiewany wspólnie hymn i radość setek osób po pierwszej bramce była naprawdę nie do opisania. Z czystym sumieniem musimy przyznać, że Strefa kibica w Klubie Polskim w Ashfield spisała się na medal. Część z nas (sugeruję tu głownie siebie) z trudem oglądała ostatnie minuty meczu, zmęczenie po całym tygodniu sięgnęło zenitu. Około godziny 5 nad ranem dotarliśmy do domu, gdzie próbowaliśmy obejrzeć drugi grupowy mecz, jednak zmęczenie było silniejsze i wszyscy domownicy zgodnie rozeszli się do swoich pokoi :) Co poniektórzy (nie wskazując Barta palcem) zaspali w sobotę do pracy, całe szczęście EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie jest tylko raz w życiu, także nikt nie robił większych problemów. Teraz wszyscy z niecierpliwością czekamy na mecz Polski z Czechami, który będziemy mogli również zobaczyć na dużym ekranie. Na mecz Polski z Rosją czekamy równie niecierpliwie ale pozostanie nam jedynie trzymać mocno kciuki, bo w pracy prawdopodobnie trudno będzie czynnie kibicować, chyba że ... coś się wymyśli!! :)

Wszystkim fanom piłki nożnej życzymy niezapomnianych momentów podczas kibicowania swoim ukochanym drużynom. Z kolei tym, którzy nie lubią patrzeć na 22 spoconych, zziajanych, biegających za piłką facetów życzymy udanych wiosennych wypadów za miasto, wielu słonecznych dni i jak największej ilości programów telewizyjnych nie związanych z tematyką sportową! :)

See Ya!

Brak komentarzy: