Miniony tydzień mimo wagarów i wolnego w pracy był bardziej intensywny niż zwykle. Wszystko to za sprawą rodziców, którzy wylądowali na Kingsford-Smith Airport 1 marca o 22:30. Jako, że od lotniska dzielą nas zaledwie niecałe 4 kilometry na terminal 1 wyruszyliśmy krótko przed planowanym lądowaniem. Mimo tego, że samolot na miejscu był o czasie, a pierwsza osoba wyszła do hali już kilka minut po wylądowaniu na rodziców czekać musieliśmy znacznie dłużej (pewnie zapomnieli jak wyglądają ich walizki albo coś w tym stylu ale nie chcą się do tego przyznać :D). Wszystko to spowodowało, że w domu byliśmy dość późno, co jednak nie przeszkodziło w wypiciu powitalnego drinka i wysłuchaniu historii lotu (która nota bene była dość ciekawa). Wiedząc z autopsji, że zmiana strefy czasowej może być dość ciężka postanowiliśmy położyć się spać stosunkowo szybko. W sumie nie wiem czy pójście spać o 3 w nocy można nazwać szybkim, jednak biorąc pod uwagę okoliczności przyjmijmy, że tak właśnie było :). Od samego początku wiedzieliśmy, że czas rodziców w Sydney jest bardzo ograniczony, dlatego też w sobotę nie leniuchowaliśmy zbyt długo. Po szybkim śniadaniu i chwili relaksu przy kawie postanowiliśmy wyruszyć w miasto. Przystankiem docelowym była stacja Martin Place, z której blisko mieliśmy do pierwszy atrakcji jakim była Katedra Najświętszej Maryi Panny, będąca największym kościołem w Australii. Mimo pochmurnej aury i przelotnych opadów deszczu wprost z katedry udaliśmy się do znajdujących się nieopodal Royal Botanic Gardens, które mimo niesprzyjających warunków pogodowych wciąż zachwycały zielenią i bogatą roślinnością. Spacerując po ogrodach w końcu dotarliśmy pod słynną operę w Sydney, gdzie podziwiać mogliśmy nie tylko wzniesioną w latach 1957-1973 budowlę która swym wyglądem przypomina pędzące pod pełnymi żaglami jachty ale również słynny Harbour Bridge oraz zacumowany przy Circular Quay wielki rejsowy statek. Będąc w tej części miasta postanowiliśmy odwiedzić również najstarszą część miasta- The Rocks. Stamtąd z kolei podążając na zmianę głównymi ulicami Sydney (George Street i Pitt Street) dotarliśmy pod szkołę do której obecnie uczęszczam, nieopodal której zjedliśmy tajskie "noodle soup" (wprawdzie nie było to najlepsze tajskie jedzenie jakie do tej pory mieliśmy okazję jeść ale zależało nam na tym aby rodzice już od początku próbować mogli dań kuchni świata). Idąc za ciosem, po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w kierunku dzielnicy Kings Cross, która uznawana jest za dzielnicę czerwonych latarni. Jak się jednak okazuje dzielnica ta nie zasłynęła jedynie z licznych klubów ze striptizem ale także z bilbordu Coca-Cola, który wpisany jest na listę dziedzictwa narodowego. Jest on również podobno największą tego typu reklamą na półkuli południowej, oraz pierwszą w historii Sydney. Jakby tego było mało, na zakończenie pełnego przygód dnia udaliśmy się na Oxford Street, znajdującą się w dzielnicy Darlinghurst, gdzie odbywała się doroczna parada Mardi Grass. Jest to jedna z największych parad LGBT, czyli parada lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych. Mimo pewnych obaw co do stosunku rodziców do tego typu wydarzeń, uśmiechnięci i zadowoleni podziwiali kolorowy korowód różnych grup społecznych i zawodowych przemierzających trasę w rytmach muzyki. Pomimo sporego zmęczenia i masy atrakcji po przybyciu do domu nie w głowach było nam spanie, rozpaliliśmy więc tradycyjne australijskie barbecue, na którym przyrządziliśmy polskie przysmaki.
Kolejny dzień już od rana zapowiadał się bardzo pogodnie. Słońce skutecznie przebijało się przez chmury a padający sporadycznie deszcz był prawie niezauważalny. Jako, że była to niedziele postanowiliśmy zabrać rodziców na polską mszę do Ashfield. Na ich nieszczęście (lub też szczęście, zależy jak na to patrzeć :p) był to ostatni dzień rekolekcji, podczas którego ksiądz misjonarz dłuuugo prawił kazanie. Po nienaturalnie długiej mszy udaliśmy się w stronę centrum gdzie realizowaliśmy kolejne etapy wycieczki. Samochód zaparkowaliśmy nieopodal basenu, na którym pracuję, dlatego też naturalnym było zobaczenie obiektu z bliska (rodzice również nie omieszkali zrobić sobie pamiątkowej fotki na basenowym tarasie z widokiem na pnące się ku niebu wieżowce). Idąc dalej dotarliśmy do Queen Victoria Building (QVB)- XIX wiecznego budynku służącego za centrum handlowe, w którym to znajdują się dwa przepiękne zegary. Jeden z nich to replika zegara z zamku Balmoral w Szkocji przedstawiający historyczne wydarzenia brytyjskiej monarchii. Drugi z kolei- The Great Australian Clock przedstawia historyczne sceny z życia Australii widziane oczyma rodzimych Aborygenów, oraz przybyłych tutaj europejskich osadników. QVB to również miejsce, w którym pracowałam na początku przygody w Sydney czego oczywiście nie omieszkałam pominąć podczas zwiedzania. Stamtąd poprzez Pyrmont Bridge udaliśmy się na Darling Harbour- portu znajdującego się w sąsiedztwie dzielnicy biznesowej, gdzie zatrzymaliśmy się na krótką przerwę. Mając na uwadze zainteresowanie taty szeroko pojętą fauną i florą tego dnia zabraliśmy ich również do Sydney Aquarium, gdzie podziwiać mogliśmy wodne żyjątka począwszy od maleńkich koników wodnych, poprzez kolorowe ryby, aż po sporych rozmiarów rekiny. Wszystko to wyeksponowane było w doskonały sposób, dlatego też wycieczka była niezwykle przyjemna (dla niektórych wręcz baaardzo relaksująca bowiem pod koniec oczy zamykały się same). W drodze powrotnej do domu zrobiliśmy drugie podejście do kuchni tajskiej. Tym razem jednak zamówiliśmy kaczkę w różnego typu sosach słodko-ostrych z dodatkiem warzyw i ryżu, co okazało się być wyśmienitym wyborem,. Po pysznej obiado-kolacji udaliśmy się do domu, by (jak to w niedzielę zwykle bywa) połączyć się z Polską poprzez skype. Kolejny dzień pełen wrażeń i emocji zakończyliśmy zadowoleni ale zarazem bardzo zmęczeni.
W poniedziałkowy poranek, od samego początku wiadomo było, że pogoda znacznie się poprawiła, co jeszcze bardziej zachęcało nas do realizacji zamierzonych uprzednio planów. Mianowicie, po śniadaniu udaliśmy się pociągiem na Circular Quey, skąd promem udaliśmy się na północną stronę miasta do Taronga Zoo. Usytuowany na brzegu portu w Sydney ogród zwierząt zachwycił nas nie tylko różnorodnością zwierząt, ale także zapierającym dech w piersiach widokiem na biznesową centrum miasta, wraz z Opera House i Harbour Bridge na czele. Po blisko 3,5 godzinnym spacerze pryz pełnym słońcu nikt z nas nie ukrywał zmęczenia, szkoda jednak było nam marnować drugą część dnia, oraz fakt, że znajdujemy się po drugiej stronie mostu. Złapaliśmy więc pierwszy możliwy autobus i udaliśmy się na jedną z bardziej popularnych wśród turystów plaż w Sydney- Manly Beach. Jako, że nie byliśmy przygotowani na kąpiel w morzu, dlatego też przespacerowaliśmy się jedynie po okolicy. Znaleźliśmy tam również całkiem niezłą knajpkę z widokiem na wodę, gdzie tym razem skosztowaliśmy prawdziwego australijskiego burgera z frytkami i piwem na popitkę. Około godziny 19 złapaliśmy prom powrotny, z którego podziwiać mogliśmy zachód słońca oraz mozolnie zapadający nad miastem mrok. Po drodze minęliśmy również wielki rejsowy statek szukający drogi wyjścia zatoki na pełne wody oceanu. Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejny dzień przygód w Sydney. Tym samym dobiegł końca pierwszy etap pobytu rodziców na Antypodach, bowiem we wtorek rano wyruszyliśmy w drogę do Melbourne, o czym później.
P.S.
Zapraszamy do galerii (część zdjęć będzie jednak uzupełnionych dopiero za jakiś czas, także radzimy zaglądać regularnie)
P.S.
Zapraszamy do galerii (część zdjęć będzie jednak uzupełnionych dopiero za jakiś czas, także radzimy zaglądać regularnie)
CDN ...
See ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz