środa, 27 marca 2013

Sydney vol. 2

Minione cztery dni to wspaniale spędzony czas, czego głównym czynnikiem byli oczywiście rodzice, spędzający z nami swoje ostatnie chwile wakacji na Antypodach. Po dwutygodniowym pobycie w Stanie Wiktoria w sobotę po południu odebraliśmy ich opalonych i uśmiechniętych z lotniska w Sydney. Jako, że bardzo byliśmy ciekawi co mają do powiedzeni na temat zwiedzonych w tym czasie miejsc zorganizowaliśmy grilla, na którego zaprosiliśmy mieszkających nieopodal znajomych. Mimo ogólnego zmęczenia wszystkich, oraz przeziębienia taty na podwórku siedzieliśmy do późnych godzin nocnych rozmawiając na temat Australii. Następnego dnia po śniadaniu zachęceni słoneczną pogodą wyruszyliśmy w kierunku Bondi Beach. Turkusowa woda, oraz jej przejrzystość zrobiła na rodzicach spore wrażenie, dlatego też zaraz po przybyciu na miejsce ruszyłyśmy w kierunku brzegu. Bez zastanowienia wskoczyłam do wody, czekając na mamę, która brodziła po kolana wahając się czy aby na pewno nurkowanie w otchłaniach oceanu jest bezpieczne. Nie zdążyła jednak zrobić kolejnego kroku kiedy sporych rozmiarów fala oraz prądy wsteczne położyły ją na kolana, początkowo trochę się wystraszyłam i chciałam biec z pomocą, jednak po chwili niczym syrena wypełzła na brzeg z uśmiechem na twarzy, co zapewniło mnie, że wszystko jest w porządku :) Po kąpieli i chwili spędzonej na opalaniu postanowiliśmy nie przesadzać z nadmiarem słońca, dlatego też po koło dwóch godzinach pobytu zakończyliśmy plażowanie i ruszyliśmy na spacer skalistym wybrzeżem, z którego rozciągał się przepiękny widok. Jako, że było jeszcze stosunkowo wcześnie i każdy z nas miał jeszcze trochę energii po Bondi zahaczyliśmy jeszcze o Coogee Beach, oraz Maroubra Beach, gdzie kąpaliśmy się w wyżłobionym w skałach basenie. Tego dnia wieczorem zaprosiliśmy również rodziców do libańskiej restauracji w malowniczej dzielnicy Sydney- New Town. Gdzie przygotowaną na różne sposoby jagnięcina z dodatkami specyficznych dla kuchni bliskowschodniej sosów z pewnością długo pozostanie nam w pamięci, a to ze względu na wyborny smak dań. Następny dzień zaplanowany mieliśmy już wcześniej, dlatego po powrocie do domu poszliśmy spać stosunkowo wcześnie by kolejnego dnia rano wyruszyć w kierunku Blue Mountains (Góry Błękitne). Na miejsce dotarliśmy w okolicach południa, mimo początkowych obiekcji i obawy przed lejącym się z nieba żarem wyruszyliśmy z punktu obserwacyjnego Echo Point, w kierunku podnóża gór Three Sisters (Trzy Siostry). Droga wiodła bardzo stromymi schodami, dlatego też w obawie przed upadkiem schodzić musieliśmy wolno i bardzo ostrożnie zatrzymując się co chwilę by uwiecznić nasze wyczyny na zdjęciach. Po dotarciu na dół nogi były jak z waty, szybko jednak musieliśmy uporać się z tym problemem bowiem trasa przed nami miała jeszcze parę kilometrów. W zeszłym roku będąc z Bartkiem w tym samym miejscu po około 1,5h trasy dotarliśmy do kolejki, która wciągnęła nas na szczyt. Tym razem kolejka jednak nie działała, co spowodowało, że pod górę wdrapywaliśmy się schodami, całe szczęście już nie tak stromymi jak te, którymi schodziliśmy. Lekko wymęczeni, jednak bardzo zadowoleni dotarliśmy do restauracji, w której ugasiliśmy pragnienie zimnym piwkiem. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do sklepu by zrobić zakupy. Jako, że czas rodziców w Australii kurczył się niemiłosiernie na kolację postanowiliśmy przygotować im coś specjalnego. Dotarłszy do domu Bartek zabrał się za rozpalanie grilla, na którym przygotował soczyste steki z ... kangura :) sam stek zrobiony był wyśmienicie, jednak opinie co do smaku potrawy były różne. Najbardziej sceptycznie nastawiony był Bartek, generalnie jednak specyficzny smak lekko słodkawego mięsa przypadł nam do gustu. Siedząc tak sobie na podwórku, po paru lampkach wina wpadliśmy na szalony pomysł by wyruszyć do miasta na nocny spacer. Symbole Sydney jakimi bez wątpienia są The Opera House i Harbour Bridge wyglądały zupełnie inaczej niż w świetle dziennymi. Zachęceni wspaniałą atmosferą postanowiliśmy "rzucić okiem" na okryty nocą Darling Harbour, z którego widok był tak imponujący, że postanowiliśmy zrobić sobie tam krótką przerwę na pożegnalne piwo. Przed północą wyruszyliśmy w kierunku przystanku, by złapać jeden z ostatnich pociągów, jednak jako, że po drodze trafiliśmy na budzący w nas wszystkich zaciekawienie plac zabaw na owy pociąg zdążyliśmy "rzutem na taśmę". Po około 20 minutach dotarliśmy jednak do stacji Banksia, na którym niejako symbolicznie skończyła się przygoda rodziców z Australią. Pisząc teraz tego posta dochodzę do wniosku, że pobyt rodziców na Antypodach miał niejako kompozycję klamrową. Zaczęliśmy pierwszego dnia na stacji Banksia, skąd udaliśmy się pod operę i mostem, dokładnie tak samo jak dnia ostatniego, tyle, że nocą :)

See Ya!


3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Więcej zdjęć! :D

ania i bart pisze...

chyba wystarczająco :)

marta odwiedzająca pisze...

Teraz tak!
Brakowało kilku do opisywanych notek;)
Ehh... tak oglądając, to takie niesamowite być tam, wręcz niemożliwe... Ten klimat, krajobrazy itd. Robią wrażenie, mimo, że na zdjęciach :D