wtorek, 30 kwietnia 2013

w zdrowym ciele zdrowy duch

Od momentu wyjazdu rodziców minął miesiąc. W ciągu tego czasu byliśmy tak zajęci, że nawet się nie zorientowaliśmy jak bardzo zalegamy z blogiem. Rodzice wylecieli tuż przed świętami, także czas Wielkiejnocy spędziliśmy już sami. Nie był to tak bardzo wzniosły okres jak to bywa kiedy jest się w Polsce z całą rodziną, jednak pojechaliśmy poświęcić pokarm i dnia następnego wraz z resztą domowników zjedliśmy niedzielne śniadanie. Jako, że podczas pobytu rodziców mieliśmy trochę więcej wolnego niż zwykle, zaraz po świętach wzięliśmy się do pracy. Od końca marca, aż do końca maja nie mam szkoły, także obecnie pracować mogę zdecydowanie więcej niż wcześniej, co z resztą staram się wykorzystywać prawie że maksymalnie. Oprócz standardowych, rannych zmian na ITAC, co jakiś czas jeżdżę popołudniami na basen znajdujące się na Uniwersytecie Nowej Południowej Walii (ha! to prawie tak jakbym pracowała na uniwerku, nie? :D). Bart z kolei podróżuje tu i ówdzie. A to do oddalonego o 80 kilometrów Wollongong, a to do sąsiedniej dzielnicy, albo aż za most (Harbour Bridge) na północną część miasta. Czasami zdarzają nam się wolne popołudni, które staramy się wykorzystywać aktywnie. Ostatnio więc udaliśmy się do oddalonego o około 60 km Penrith, by spróbować swoich sił na wakeboard'zie :) W Cables Wake Park'u znajdują się dwa jeziora. Jedno z nich- większe z wyciągiem wokół i przeszkodami dla początkujących. Drugie z kolei, na którym prędkość wyciągu jest już większa przeznaczone jest dla bardziej profesjonalnych zawodników. Nie chcieliśmy zniechęcać się na samym początku, dlatego też nasz pierwszy przejazd zaliczyliśmy na kolanach, na specjalnie przystosowanej do tego desce. Nie obyło się oczywiście bez kąpieli- Bartek nie poradził sobie z pierwszym startem, ja z kolei wypadłam na pierwszym zakręcie. Kolejne jazdy były już bezbłędne- super prędkość i jeszcze większa frajda. Po udanych próbach postanowiliśmy zamieniliśmy deski z "kolanowych" na właściwe- wakebord'owe. Tym razem nie było już tak łatwo (przynajmniej dla mnie) bowiem mimo wcześniejszych kontaktów ze snowboardem, kitesurfingiem i windsurfingiem pierwsze dwie próby startów zakończyły się w wodzie. Mimo około 20 minutowej kolejki dalej walczyłam dzielnie. Za trzecim razem bardzo dokładnie przyjrzałam się chłopakom startującym przede mną. Wszystkie triki zastosowałam przy kolejnym starcie i okazał się, że nie taki diabeł straszny jak go malują- gładki start i pierwsze trzy okrążenia "na sucho". Następne próby były już tylko lepsze zarówno u mnie jak i u Bartka, który problemów ze startem nie miał :p Jedynym minusem tej wyprawy były bolące niemiłosiernie przez kolejne 4 dni (dosłownie!) mięśnie. Szybko jednak udało nam się o tym zapomnieć i w ostatnią niedziele wybraliśmy się tam ponownie :)
Jeżeli jesteśmy już przy sportowych debiutach, to ... zaczęliśmy grać w squasha. Początkowo nie znaliśmy nawet zasad, jednak od czego jest Internet. Szybkie lekcja teorii i w pełni byliśmy gotowi by rozegrać pierwszy mecz, który okazał się być sukcesem umiarkowanym. W prawdzie odbicia wychodziły nam całkiem nieźle jak na pierwszy raz, ale nie nabiegaliśmy się przy tym szczególnie. Wynik pierwszej gry był łatwy do przewidzenia, wygrał oczywiście Bart bo jest silniejszy. Za drugim razem nie było już tak łatwo. Ucząc się na popełnionych
uprzednio błędach następną grę rozpoczęliśmy bardziej technicznie. Uderzane na zmianę mocne i lekkie piłki co rusz trafiały w rogi, co zmuszało nas do ciągłego (baaaardzo intensywnego) biegania. Z kortu wyszliśmy wymęczeni jak nigdy, jednak wysiłek się opłacał- tym razem pokonałam gladiatora :)
Z innej beczki ... w Sydney jesień. Całe szczęście póki co bardzo łaskawie się z nami obchodzi. Można by nawet rzecz, że nas rozpieszcza bowiem mimo chłodnych wieczorów w ciągu dnia jest dużo słońca i temperatury powyżej 20'C. Oby tak dalej, bo jak zacznie wiać i padać to chyba w końcu trzeba będzie kupić koc elektryczny.

To tyle z nowości.

See Ya!

Brak komentarzy: