piątek, 31 maja 2013

to był maj ..

Kolejny miesiąc za nami. Ani się obejrzeliśmy, a tutaj już prawie czerwiec. Miesiąc za miesiącem przenika między palcami, a u nas w zasadzie bez większych zmian. Maj był całkiem przyjemny jeżeli chodzi o pogodę. Mimo jesiennej aury dni są dość ciepłe i słoneczne. Problem pojawia się jednak wraz z nadejściem wieczora, chłód daje się mocno we znaki. Piecyk elektryczny niestety nie wystarczał, dlatego też zdecydowaliśmy się na zakup koca elektrycznego. Jak się jednak okazało była to jedna z najlepszych decyzji, tym bardziej, że w perspektywie czerwiec, który jest pierwszym miesiącem australijskiej zimy. Oczywiście zimy tej nie można w żaden sposób porównać ze śnieżną i mroźną zimą w Polsce, jednak tam mamy centralne ogrzewanie, tutaj z kolei nie dość, że musimy ubierać się cieplej wychodząc z domu, to dokładnie te same warstwy nakładać musimy na siebie będąc w domu, bowiem pojedyncze szyby i wiejący wiatr powoduje, że temperatury spadają znacznie poniżej 20'C (w domu).
Pierwsza część miesiąca minęła miło i przyjemnie, mimo dość intensywnego okresu w pracy do domu wracaliśmy stosunkowo wcześnie, co pozwoliło na chwilę wytchnienia. Od 20 maja natomiast rozpoczęłam kolejny kurs w Kaplan College International, popołudniowe zajęcia, kończące się późnym wieczorem ponownie przypomniały nam na jakich zasadach jesteśmy w Australii. Nic to jednak w porównaniu do poprzedniej szkoły, w której zajęcia były codziennie. Tym razem bowiem mam zajęcia "jedynie" od poniedziałku do środy, dlatego też kolejne cztery dni tygodnia są zdecydowanie bardziej przyjemne. W drugiej połowie miesiąca w dzielnicy Pyrmont odbywał się 'Wine, Food and Art Festival', na którym to są wystawę miał fotograf North Sullivan. Nic Wam to nie mówi? Nam też nie, do czasu... do czasu, kiedy to przyszedł na basen i zaproponował zrobienie zdjęcia portretowego, do swojej kolejnej wystawy (o czym przeczytać możecie tutaj). Po krótkim namyśle i chwili zawahania stwierdziłam, że całkiem przyjemnie będzie mieć tego typu pamiątkę z pobytu na Antypodach. Zgodziłam się więc zapozować, czego efektem było moje zdjęcie w Powerhouse Museum w Sydney podczas wspomnianego festiwalu. Oprócz wizyty w muzeum, która siłą rzeczy w pewnie sposób powinna nas ukulturalnić udało nam się również odchamić trochę w inny sposób. Mianowicie zaproszeni zostaliśmy na urodziny. Jedene z nich spędziliśmy na urokliwej plaży Shelly Beach, gdzie oprócz fantastycznych ludzi i pięknego krajobrazu dopisała nam również pogoda. Pozostając przy temacie plaż postaram się luźno połączyć go z pewną historią, która przydarzyła się Bartkowi w zeszłym tygodniu. Jako, że pracuje ostatnio dość często na nocki, ma czas by w ciągu dnia nadrobić zaległe sprawy. W związku z tym wraz z naszym współlokatorem Karolem zdecydowali się pojechać się na ryby. Nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ja będąc akurat w szkole dowiedziałam się, że Pyszczek wylądował w szpitalu bo ... ryba go ugryzła :D śmiesznie brzmi, nie? Początkowo też nie chciałam się nabrać na ten mało kreatywny żart, jednak po otrzymaniu mms'a ze zdjęciem potwierdzającym jego wersje uwierzyłam na słowo. Po około czterogodzinnym pobycie w szpitalu, tabletce przeciwbólowej i zastrzyku cały i zdrowy wrócił do domu. Co się okazało ryba, którą złowił połknęła haczyk na tyle głęboko, że trudno było ją ściągnąć z wędki. Bart jak to Bart bardziej podekscytowany złowioną rybą, niż konsekwencjami jakie niesie ze sobą słaba znajomość australijskiej fauny chwycił catfish'a na głowę, gdzie znajdował się kolec, który (podobno) dość głęboko wbił mu się w palec. Oprócz sporej ilości krwi i bólu ręka zaczęła również drętwieć, co zadecydowało o wizycie w pobliskim szpitalu. Nie taki jednak catfish straszny jak go malują, skończyło się na bólu i lekkim strachu :)

Dzień za dniem mozolnie płynie, raz ciekawiej, innym razem mniej. Serdecznie pozdrawiamy czytelników, a wszystkim Dzieciom z okazji jutrzejszego Dnia Dziecka życzymy wszystkiego dobrego! :)

See Ya!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

a gdzie miesiAc czerwiec:) chyba nam sie coś należy z Waszego pobytu na Antypodach:):) dziubeczki Zaczał sie przeciez lipiec :):)

Unknown pisze...

Znalazłem Was i bardzo z tego się cieszę :) Australia to też moje marzenie. Miło się czyta wasze notki, a zdjęcia też miło się ogląda:D Dobra przeczytałem całego bloga :D Ja nie wiem kiedy będę się tam wybierał, chciałbym jak najszybciej... ale wiadomo duże to koszta są niestety.
Mam nadzieję że nie zakończyliście przygody z blogiem, bo już dość dawno nie ma nowego posta.

aaa i Wszystkiego Najlepszego w dniu Urodzin Aniu :)

Pozdrawiam :)