Ostatnie pięć dni spędziliśmy
na Fidżi-
bardzo malowniczym, przepełnionym bardzo przyjaznymi ludźmi wyspiarskim państewku
położonym w południowej części Oceanu Spokojnego. W poniedziałek rano w
godzinach porannych wystartowaliśmy z lotniska w Sydney, by po nieco ponad
czterech godzinach lotu znaleźć się na miejscu. Przyznać trzeba, że samo lądowanie
do najprzyjemniejszych nie należało bowiem ulewa i silne podmuchy wiatru były
dość przerażające, ale na całe szczęście szybko udało nam się wylądować na
lotnisku w Nadi. Już od samego początku poczuć mogliśmy
fidżijską gościnność, gdyż po wyjściu z samolotu przywitano nas radosną
piosenką (czego namiastkę można zobaczyć tutaj),
co od razu uświadomiło nas w przekonaniu, że nadchodzące dni będą z pewnością
niezapomniane. Szybka odprawa, ekspresowy odbiór wcześniej zarezerwowanego
samochodu i po około godzinie opuściliśmy teren lotniska, by udać się w podróż
dookoła wyspy Viti Levu, która jest jedną z dwóch głównych
wysp Fidżi. Ruszyliśmy w kierunku północnym, w okolice Rakiraki,
gdzie planowaliśmy spędzić pierwszą noc. Wszechogarniająca nas zieleń i
górzyste ukształtowanie terenu bardzo nas zaskoczyły, spodziewaliśmy się raczej
czegoś bardziej porównywalnego z krajobrazem Australii, a tu taka
niespodzianka. Podróżowaliśmy Kings Road, główną drogą wyspy, gdzie co rusz
mijaliśmy fidżijskie wioski, a w nich kolorowe domki, przeważnie blaszane,
jednak spora ich część jest również drewniana. Trochę mieliśmy wrażenie jakby
czas się tam zatrzymał (nie bez powodu mówi się o tzw. "fiji time",
czyli życiu w spokoju i harmonii z naturą, bez pośpiechu). Wszyscy uśmiechnięci
i bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów. Podróżując przez wioskę
zdecydowanie zredukować należy prędkość jazdy, dlatego też większość mieszkańców
zauważa "obcych", co potwierdzają machaniem i radosnymi
okrzykami bula! oznaczającym w języku fidżijskim "cześć",
"pokój". Jako, że podróżowaliśmy w godzinach popołudniowych na
próżno szukać było kogoś kto mógłby jeszcze o tej porze pracować. Dzieci i młodzież
zajęte były graniem w rugby lub piłkę nożną, dorośli z kolei zgrupowani w kręgach
zajęci byli dyskusją. Do Rakiraki dojechaliśmy wczesnym wieczorem i przyznać
trzeba, że trochę się rozczarowaliśmy, bowiem liczyliśmy na nocleg, który
bardzo ciężko znaleźć w tak małej i biednej mieścinie. Ruszyliśmy więc dalej w
kierunku na północ od Rakiraki, gdzie nad ranem złapać mieliśmy prom na wyspę Nananu-i-Ra. Jakież było nasze zdziwienie
gdy po dotarciu do celu okazało się, że przeprawa promowa o nazwie Ellington
Wharf jest jedynie skromną przystanią dla łódeczek z napędem silnikowym. Jednak
szczęście się do nas uśmiechnęło i dosłownie w ostatniej chwili spotkaliśmy
Warrena, właściciela Safari Lodge- posiadłości na rzeczonej wysepce,
i zarazem szalonego instruktora kite i windsurfingu, który zaproponował nam
nocleg i kolację u siebie. Zostawiliśmy więc samochód na głównej wyspie i łódką
przeprawiliśmy się na Nananu-i-Ra, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby
nie to, że za plecami mieliśmy ogromne chmury burzowe z co rusz ciskającymi
piorunami (dawno się tyle strachu nie najadłam). Na miejsce dotarliśmy po około
20 minutach , lekko przemoczeni ale szczęśliwi, że dach nad głową. Okazało się,
że jesteśmy jedynymi gośćmi, dlatego też bez żadnych oporów mogliśmy zająć
domek z widokiem na ocean i cudownym wschodem słońca. Poczęstowani zostaliśmy
też pyszną kolację po której wraz z Warrenem przegadaliśmy sporą część
wieczoru. Okazało się, że jest on Australijczykiem pochodzącym z Sydney. Byłym
windsurferem pływający na wodach całego świata, który ok. 15 lat temu wykupił
teren na malutkiej fidżijskiej wyspie, gdzie wybudował imponującą kurort
wypoczynkowy z bazą dla sportów wodnych, w którym mieszka i pracuje do dziś. Po
kilku drinkach, trochę bardziej odważni postanowiliśmy osobiście sprawdzić
temperaturę wody w Pacyfiku, do którego wskoczyliśmy bez dłuższego
zastanawiania się. Po szybkiej kąpieli w totalnych ciemnościach wróciliśmy do
domku, gdzie trudno było zasnąć ze względu na nagły i ulewny deszcze uderzający
o blaszany dach. Ten sam deszcz uniemożliwił nam również zobaczenie (podobno)
zniewalającego wschodu słońca, który w bezchmurne dni można zobaczyć z naszego
pokoju. Jako, że pogoda rano wciąż była deszczowa, a wiatr oscylował w granicach
agresywnego zera postanowiliśmy nie tracić czasu. Po śniadaniu i szybkiej
przechadzce po plaży podziękowaliśmy Warrenowi za gościnność i poprosiliśmy by
odwiózł nas na główną wyspę w celu kontynuowania naszej wyprawy. Tuż przed
samym wyjściem okazało się, że wiatr lekko się wzmógł i w drodze powrotnej na
wyspę mogliśmy skorzystać z paru cennych rad odnośnie operowania latawcem w słabo
wietrzne dni. Bartek niestety był pechowcem dnia, bowiem podczas schodzenia po
schodach pośliznął się na tyle mocno, że obił sobie łokieć + cały lewy bok.
Szczerze mówiąc kontuzja jakiej doznał była niczym, w porównaniu z tym jak ten
upadek wyglądał (szczęście w nieszczęściu, że nie musieliśmy spędzać Świąt Bożego
Narodzenia, Nowego Roku i kolejnych kilkunastu miesięcy na intensywnej terapii
w jakimś fidżijskim szpitalu, bo tak właśnie to wyglądało). Wszytko jednak skończyło
się na tyle szczęśliwie, że po dotarciu na główną wyspę Bart zajął miejsce za
kierownicą i mogliśmy kontynuować podróż w kierunku południowym. Następny
przystanek Suva-
stolica Fidżi. Planowaliśmy zatrzymać się tam na noc jednak po szybkim
rekonesansie stwierdziliśmy, że miejsce to jest na tyle nieatrakcyjne, że
szkoda nam cennego czasu, który uciekał w zatrważającym tempie. Bez
zastanowienia wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku zachodnim do
Pacific Harbour, gdzie udało nam się znaleźć nocleg. Jako, że pora była jeszcze
dość wczesna a dobiegająca z zewnątrz głośna muzyka nie pozwalała zasnąć
postanowiliśmy sprawdzić co dzieje się przy basenie. Po dotarciu na miejsce
okazało się, że przy barze stoją trzy osoby- młodziutka blondynka, młody chłopak
o hinduskich rysach twarzy oraz "biały" mężczyzna w średnim wieku,
jaka była ich cecha wspólna? Wszyscy mieszkają w tym samym miejscu- w Pacific
Harbour na Fidżi. Młoda blondynka o imieniu Tandra wyglądem przypominająca
Europejkę okazała się być Fidżijanką od urodzenia. Jej rodzice, mama- Fidżijanka
o francusko-brytyjskiej krwi, oraz tata- Nowozelandczyk prowadzą nieopodal
miejsca gdzie siedzieliśmy jazz bar w którym Tandra często śpiewa. Satnejsz
(niestety nie mam zielonego pojęcia jaka jest poprawna pisownia tego imienia)
to kolejna osoba przy barze, chłopak o hinduskich rysach, który również okazał
się mieszkać na wyspie od urodzenia i co ciekawe, był już trzecią generacją
rodziny na wyspie. Zaskoczeni? Taaak, na Fidżi prócz rodzimych mieszkańców
pochodzenia melanezyjskiego (ok.51%), drugą co do
wielkości grupą etniczną stanowią hindusi (ok. 43%), którzy są potomkami
przywiezionych przez Brytyjczyków w XIX wieku do pracy mieszkańców Indii.
Trzecią osobą przy barze był JD- Amerykanin z Seattle, zajmujący się połowem łososi
na wodach Alaski, który przed dwoma miesiącami znudzony i zmęczony amerykańskim
życiem przywiózł żonę i dwójkę dzieci na Fidżi, gdzie bez wcześniejszej wizyty
kupił parę hektarów ziemi, na której zamierza zbudować dom. I tak siedząc w piątkę
przy barze spędziliśmy całą noc opowiadając sobie nasze historie. Na drugi dzień
rano dość ciężko się wstawało ale zebraliśmy się dość szybko, zjedliśmy szybkie
śniadanie na plaży i wyruszyliśmy dalej, w kierunku zachodnim do Natadola
Beach. W pewnym momencie zboczyliśmy jednak trochę z trasy by zebrać jednego z
dziesięciu znajdujących się na wyspie cache (wszystkim tym, którzy jeszcze nie
zdążyli wkręcić się w szukanie pochowanych po całym świecie skrzynek zapraszamy
na www.geocaching.com). Wprawdzie mieliśmy wszystkie je zapisane w telefonie,
jednak okazało się, że każdy z nich jest ukryty na tyle daleko od głównej
trasy, że nie mogliśmy sobie pozwolić na zebranie wszystkich. Po ok 30
minutowej, bardzo ciężkiej dla naszego Suzuki Alto trasie dotarliśmy do pięknego
kurortu położonego tuż nad brzegiem Pacyfiku, gdzie podobno miał znajdować się
ukryty cache, jednak po szybkiej rozmowie z recepcjonistką okazało się, że
nigdy o czymś takim nie słyszała. Poprosiliśmy ją więc o dostęp do WI-FI i na
podstawie opisu i podanej wskazówki udało nam (a w zasadzie Bartowi się udało)
dotrzeć do schowanego w dość oczywistym miejscu pudełka. Co ciekawe nie byliśmy
pierwszymi Polakami w miejscu, bowiem jakieś dwa lata wcześniej wpisała się tam
grupka osób z polsko brzmiącymi loginami, którzy jak mniemamy zostawili 50
groszową monetę. Zaraz po szybkim wpisie do logbooka podziękowaliśmy
recepcjonistce za pomoc i ruszyliśmy dalej. Tuż przed Natadola Beach mieliśmy
problem ze znalezieniem wjazdu na plażę i jak się okazało zamiast do celu
dotarliśmy do wioski, w której zapytać musieliśmy o drogę. Bardzo miły pan
przez chwilę starał się nam wyjaśnić w którą stronę jechać, jednak po chwili
zrezygnował, jednak zaraz przy nim pojawiła się gotowa do drogi mieszkanka
wioski i zaproponowała nam, że sama nas pokieruje. Wskoczyła więc do samochodu
i pokierowała w kierunku plaży. Okazała się ona być jedną z pracownic
pobliskiego hotelu, która tak czy owak zmierzała w tym samym kierunku do pracy.
Na plażę, która według przewodników miała być najpiękniejszą plażą wyspy,
dotarliśmy w okolicach południa, niestety jednak kwitnąca woda, a co za tym
idzie masa glonów przy brzegu oraz towarzyszący temu zapach (a właściwie smród)
zniechęcił nas do dłuższego postoju na wyspie. Po szybkiej przechadzce wzdłuż
plaży, chwili relaksu przy muzyce przygotowujących się do ślubu gitarzystów
ruszyliśmy w kierunku Nadi, gdzie dotrzeć mieliśmy do Port Denarau tam odstawić
mieliśmy samochód i wyruszyć na jedną z rajskich wysp Oceanu Spokojnego. Po
dotarciu do celu okazało się, że pomiędzy drogimi i bardzo luksusowymi willami
ciężko będzie nam znaleźć tani nocleg, dlatego też postanowiliśmy noc spędzić w
samochodzie na parkingu. W porcie po raz pierwszy mieliśmy też okazję spróbować
wyśmienitego kraba, z którym męczyliśmy się blisko godzinę, ale naprawdę było
warto dla takiego smaku. Jako, że wieczór był bardzo ciepły i przyjemny, a grająca
na żywo muzyka zachęcała praktycznie z każdego baru postanowiliśmy na dobry sen
wypić jeszcze Fiji Bitter, po czym zamknęliśmy się w samochodzie i z trudem (ze
względu na ciepło) dobrnęliśmy do rana. Rano z kolei po oddaniu samochodu i
przebrnięciu przez ekspresową odprawę wskoczyliśmy na pokład promu. Żeby było
bardziej interesująco spotkaliśmy tam parę Polaków (mama z synem, na stałe
mieszkających w Hamburgu), którzy po zwiedzeniu Nowej Zelandii wyruszyli na
podbój Fidżi. Po bardzo krótkiej, ale jakże sympatycznej rozmowie okazało się, że
musimy wysiadać, pożegnaliśmy się więc życząc udanych wojaży i przesiedliśmy się
na malutką łódeczkę, która zabrała nas wprost do Bounty Island, jednej z przepięknych
wysepek należących do Archipelagu Mamanuca (gdzie notabene
znajduje się również wyspa na której kręcony był film "Cast Away",
wyspa nosi dokładnie te samą nazwę). Na wyspie przywitał nas grający na gitarze
Suka, oraz wtórujące mu koleżanki. Po szybkim zameldowaniu się dostaliśmy
klucze to bure 17, które okazało się być domkiem umieszczonym 10 metrów
od turkusowych wód Pacyfiku. Nie zastanawiając się zbyt długo wskoczyliśmy
do wody, w której spędziliśmy praktycznie cały dzień. Początkowo próbowaliśmy
nurkować jedynie w okularkach pływackich, jednak świat podwodny okazał się być
na tyle bogaty, że szkoda było tracić czas na wyciągnie głowy by złapać
kolejny oddech. Wypożyczyliśmy więc sprzęt do nurkowania i rozpoczęliśmy
odkrywanie rafy koralowej Pacyfiku. Niebieskie rozgwiazdy, kolorowe rybki i
wszelkiej maści koralowce- wszystko to na wyciągnięcie ręki, coś pięknego i z
pewnością niezapomnianego. Jako, że na wyspie spędzić mieliśmy jedynie jeden
dzień zależało nam na tym by zobaczyć jak najwięcej. Wybraliśmy się więc na
spacer dookoła wyspy, który okazał się być jedynie krótką przechadzką tuż przed
obiadem. Dopiero po dotarciu do "stołówki" zobaczyliśmy, że na wyspie
oprócz nas jest jeszcze spora liczba turystów, dlatego też po szybkim posiłku
chcąc uciec od ludzi (w końcu byliśmy na bezludnej wyspie :D) udaliśmy się na
kolejną sesję opalania, nurkowania i leniuchowania na hamaku. W okolicach godzin późno popołudniowych wróciliśmy
do baru na fidżijskie happy hour, które spędziliśmy w basenie popijając Fiji
Bitter wraz z nowo poznanymi Anglikami. Jak się okazało byliśmy jednymi z nielicznych turystów na wyspie, bowiem poprzednia wycieczka, tak liczna podczas obiadu opuściła wyspę po paru godzinach. Spędziliśmy więc wieczór z Anglikami, dwóch kumpli (notabene również windsurferów spędzających sezony letnie w Grecji) postanowili zafundować sobie wycieczkę dookoła świata. Zaczęli od Stanów Zjednoczonych, skąd przylecieli na Fidżi, następnie lecą do Nowej Zelandii i Australii, by zakończyć swoją półroczną przygodę miesięcznym pobytem w Tajlandii, fajnie, nie? Siedząc tak przy basenie, co całym dniu wrażeń nie mając już siły ani na tenisa stołowego ani bilarda poszliśmy spać dość wcześnie. Jakby wrażeń było mało to biorąc wieczorny prysznic wypadł mi kurek z gorącą wodą co zaskutkowało poparzeniem stopy, na szczęście reakcja była na tyle szybka, że lekko paparzona została tylko stopa, a nie całe ciało. Po szybkiej interwencji managera poszliśmy spać, jednak podobnie jak podczas pierwszej nocy deszcze skutecznie nam to uniemożliwiał. Następnego dnia wstaliśmy wraz ze wschodem słońca, które niestety nie było aż tak spektakularne ze względu na spore zachmurzenie, ale mimo wszystko opłacało się wstać wcześniej bo widok tak czy siak był zachwycający. Po śniadaniu spakowaliśmy rzeczy i przenieśliśmy się w okolice basenu gdzie czekaliśmy na łódkę. Chłodząc się co rusz w basenie w pewnym momencie podeszła do nas para, która przypłynęła na wyspę wraz z nami proponując nam pożegnalne piwo, którego nie mogliśmy odmówić. Rozmawiając tak przez blisko godzinę dowiedzieliśmy się, że Ona jest urodzoną Fidżijanką, a On pochodzi z Papui-Nowej Gwinei i wspólnie od wielu lat mieszkają w Brisbane. Na Fidżi przylecieli z całą rodziną by Święta spędzić z Jej krewnymi. Po bardzo ciekawej rozmowie i dwóch piwach postawionych przez naszych nowo poznanych znajomych doczekaliśmy się łódki, która podprowadziła nas pod prom, który z kolei zabrał nas z powrotem do Port Denarau skąd bezpośrednio autobusem odwiezieni zostaliśmy na lotnisko, z którego wyruszyliśmy do Sydney. Tak właśnie skończyła się nasza bardzo ciekawa, i zarazem dość krótka wyprawa na Fidżi, która była fantastycznym doświadczeniem, które z pewnością trzeba będzie powtórzyć wkrótce.
P.S.
Podczas dzisiejszego uzupełniania bloga Pyszczek przygotował przepyszny obiad. Lubicie eksperymentować w kuchni? Lubicie wątróbkę? Sprawdźcie przepis na wątróbkę drobiową z fasolką szparagową a na pewno nie pożałujecie! :)
See Ya!
1 komentarz:
Aniu niesamowity krajobraz . Tylko zwiedzać i podziwiać . Dzięki za wspaniałe blogi które tak ciekawie opisujesz. Chętnie czytam.pozdrawiam Ciebie i Bartka. Czekam na następny.
Prześlij komentarz