... czyli nową dekadę czas zacząć! :) Miniony weekend był dość intensywny. Zaczęło się w piątek (jak to zwykle bywa), kiedy to butelką szampana zainaugurowaliśmy wigilię urodzin Bartka. Dodatkowym powodem trzeba również przyznać był pierwszy od dawna wolny weekend, który w zasadzie był efektem ubocznym planowanych urodzin. W sobotę z samego rana wybraliśmy się nad zatokę by w towarzystwie roztaklowujących się windsurferów zjeść pyszne śniadanie. Wydawać by się mogło, że dwa jajka na toście ze szpinakiem i szynką polane holenderskim sosem brzmią bardzo niewinnie jednak po opanowaniu takiej porcji człowiek od razu czuje się jakby z 10 kilogramów cięższy (nie wspominając już o porcji Bartka która była tak zwanym "big brakefast"...) Po bardzo smacznym ale zarazem (prze)ogromnym śniadaniu lekko ciężkawi wyruszyliśmy na zakupy. Nigdy nie zdarza nam się bywać w supermarketach w sobotnie przedpołudnia, dlatego też to co zobaczyliśmy trochę nas zszokowało. Sklep po brzegi wypchany był ludźmi wolno przechadzającymi się z wypakowanymi do granic możliwości wózkami, dodatkową atrakcją był św. mikołaj i przyjaciele zabawiający zakupowiczów i ich pociechy (a to dopiero 30 listopad, aż strach pomyśleć co będzie tuż przed świętami...). Po dość sprawnie przeprowadzonej akcji "zakupy na grilla" stwierdziliśmy, że nasz wózek również wypchany jest po brzegi. Jako, że przepakowywanie wszystkiego z wózka do samochodu i z samochodu do mieszkania mogłoby być dość ciężkie logistycznie postanowiliśmy (australijskim sposobem) przepchać wózek od razu do domu, co zajęło nam w sumie mniej czasu niż pokonanie tej samej trasy samochodem. Zaraz po powrocie do domu zabraliśmy się za przygotowywania. Sałatki, mięso, cytrynówka ... wszystko bardzo szybko i sprawnie :) jeszcze tylko na koniec prysznic i pierwsi goście zaczęli się schodzić. Dość kameralna ale za to bardzo udana impreza urodzinowa zorganizowana była na dziedzińcu naszego apartamentowca. Po paru głębszych (jak to zwykle bywa) atmosfera się rozluźniła, śmiechy- hihy zakończyć musieliśmy nieco przed 23, bowiem takie reguły włodarza budynku. Nie zastanawiając się zbyt długo, po szybkim ogarnięciu bałaganu wyruszyliśmy w teren. Jako, że było już dość późno, a do centrum stosunkowo daleko postanowiliśmy udać się do pobliskiej imprezowni w celach tanecznych. Niestety jak to w Australii bywa natknęliśmy się na słabo tolerancyjnego bramkarza, któremu jak nie spodnie to zbyt duża intoksykacja jednego z kolegów nie odpowiadała. Po krótkiej wymianie zdań stwierdziliśmy, że dalsze próby przekonania szanownego selekcjonera o naszych racjach coraz bardziej oddalają nas od celu, dlatego też tradycyjnym polskim sposobem udaliśmy się do sklepu monopolowego i piwko na ławce smakowało równie wybornie :)
Następnego dnia wbrew temu co mogłoby się wydawać wstawało nam się całkiem nieźle. Po szybkiej obróbce technicznej organizmów wybraliśmy się na doroczne Polish Christmas Party, które jak zwykle okazało się być dość słabo zorganizowanym festynem. Długość kolejek i lejący się z nieba żar prawie skutecznie zniechęcił nas do polskich potraw, jednak daliśmy radę i po jakichś 30 minutach udało nam się dopchać do koryta. Przyznać trzeba, że szału nie było ale co polskie to polskie, także nie ma co narzekać :)
P.S.
Jak tam 6 grudzień? Mikołaj dotarł na czas? Widziałam go dziś w przydomowym markecie, nie spieszyło mu się specjalnie :)
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz