poniedziałek, 1 września 2014

chill na końcu świata- Cook Islands

Po powrocie z Nowej Zelandii zapadliśmy w swego rodzaju sen zimowy. Bartek od razu zaczął szkołę, ja z kolei miałam bardzo dużo pracy z tego względu, że sporo znajomych wyjechało do Europy na wakacje. Zima generalnie potraktowała nas w tym roku bardzo łagodnie, nie mieliśmy jednak porównania z latami poprzednimi, bo byliśmy wtedy na wakacjach w Polsce. Czerwiec, lipiec i połowa sierpnia były dość słoneczne i suche, co zdecydowanie pomagało przetrwać chłodne i wietrzne dni.

Jako, że Bartke miał kolejną przerwę w szkole pod koniec sierpnia, postanowiliśmy wybrać się na wakację. Wybór tym razem padł na południowy Pacyfik- Wyspy Cooka (Cook Islands). Składające się z 15 wysepek państwo, położone jest w południowej części Oceanu Spokojnego. Główną i największą wyspą jest Rarotonga, na której w północnej części znajduje się stolica- Avarua. Na miejsce, wraz z parą znajomych przylecieliśmy w sobotę rano, co było dość ciekawym doświadczeniem, bowiem z Sydney wylecieliśmy w sobotę tuż przed 22, co spowodowało, że mieliśmy dwie soboty jednego tygodnia. Po szybkiej odprawie na lotnisku Adam z Dorotą wyruszyli do swojego domku, znajdującego się w południowej części wyspy, my z kolei udaliśmy się w kierunku przystanku autobusowego by dotrzeć do naszej backpacker'ni, która znajdowała się w jej zachodniej części. Składające się z głównego budynku, czterech małych domków i dwóch położonych tuż przy wodzie domów schronisko niczym nie ustępowało drogim resortom znajdującym się na wyspie. Szum fal, palmy kokosowe i krystalicznie czysta woda od razu uzmysłowiły nam, że znaleźliśmy się w podziwianym jako dzieci miejscu z pocztówek, które teraz mieliśmy na wyciągnięcie ręki.  Po dotarciu na miejsce zmiana czasu dała o sobie znać, nie chcąc męczyć się przez kolejne kilka dni postanowiliśmy uciąć sobie szybką, przedpołudniową drzekmę, by później móc cieszyć się tygodniowym wypoczynkiem w raju. Tego samego dnia po południu wyruszyliśm w kierunku Muri Beach- najpopularniejszej plaży na wyspie, gdzie mieszkali nasi znajomi. Wyspa Rarotonga, na której przebywaliśmy mierzy zaledwie 32 kilometry obwodu, dlatego też nie tracąc czasu postanowiliśmy złapać autobus by jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Autobusy na wyspie z reguły jeżdżą w dwóch kierunkach, według wskazówej zegara, i w kierunku przeciwnym. Jednakże tego dnia była sobota, dlatego też autobus kursował jedynie w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Na wyspie autobusy mają też swój grafik, który niestety jest bardzo umowny. Autobus wyjeżdża o pełnej godzinie z północnej częśći wyspy- Avarua i w godzinę powinien okrążyć całą wyspę, niestety nie ma ustalonych miejsc postojowych, dlatego każdy kto chce skorzystać z usług kierowcy wychodzi na ulicę i zatrzymuje autobus. Dlatego też szczęściarz ten, kto złapie autobus od razu po wyjściu na ulicę, nam udało się po około 20 minutowym oczekiwaniu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajego gdyby nie fakt, że w połowie drogi kierowca zatrzymał sie informując nas, że ma 45 minutową przerwę i wyruszy ponownie o kolejnej pełnej godzinie. Całe szczęście był to nasz pierwszy dzień na wyspie, także sporo jeszcze było do zobaczenia i zwiedzenia. Przeszliśmy się po okolicy i wróciliśmy po trzech kwadransach, jak było ustalone. Na Muri Beach dotarliśmy w godzinach popołudniowych. Jako, że na wyspie odcięci byliśmy od telefonów i internetu początkowo mieliśmy obawy czy uda nam się znaleźć Adama i Dorotę. Przypomnieliśmy sobie jednak jak to było przed erą telefonów komórkowych i już po kilku minutach piliśmy wspólną kawę. Pierwszy dzień na wyspie był dość pochmurny, także trudno było nam korzystać w pełni z uroków rajskich plaż, postanowliśmy się jednak przejść wzdłóż lini brzegowej podziwiając piekną langunę. Kolejne dni były już zdecydowanie lepsze, słoneczna pogoda i umiarkowane temperatury doskonale pozwoliły nam napawać się rajskim klimatem. Na samym początku naszego pobytu na wyspie postanowliśmy wyporzyczyć skuter, jako, że autobus był dość zawodnym środkiem transportu. Poszliśmy więc do jednej z pobliskich wypożyczalni, nie posiadając prawa jazdy na motor dostaliśmśmy tymczasowe, które wymienić musieliśmy w poniedziałek na posterunku policji. Jakież było nasze zdziwnienie gdy po wpłacie $20 zdać musieliśmy egzamin, który polegał na przejechaniu ok 50m i odpowiedzeniu na pytanie- co zrobisz gdy zobaczysz znak STOP? Czy to jest jakieś podchwytliwe pytanie pytam egzaminującej mnie policjantki a ona na to, że nie i czeka na odpowiedź, no więc po oczywistej odpowiedzi obydwoje zdaliśmy egzamin otrzymując wyspiarskie prawo jazdy kat. A i B. Ciekawe czy można je wymienić na australijskie, lub polskie :D No więc mając swój własny środek transportu podróżowalismy po wyspie mając przy tym ogromną radość. Jako, że środek wyspy jest bardzo górzysty, i porośnięty bujnym lasem tropikalnym życie toczy się wzdłuż wybrzeża. Początkowo bardzo dziwiły nas znajdujące się przy domach grobowce, jednak przywykliśmy po czasie.  Przerażały nas również znajdujące się co około 500 metrów tabliczki z informacją którą drogą iść w razie alarmu tsunami, ale całe szczęście obyło się bez paniki podczas naszego pobytu. Atrakcjami, z których staraliśmy korzystać się podczas pobytu na wyspie było nurkowanie, kitesurfing (z którego udało nam się skorzystać jedynie raz, bowiem jak się okazuje nawet na Cook Island wiatr nie zawsze sprzyja), kajaki, zachody słońca, przepyszne ryby, oraz nieporównywalny z niczym innym relaks pod palmami kokosowymi z widokiem na turkusową lagunę. Jedynie w okolicach środka tygodnia postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę przez środek wyspy, która wiodła przez gęsty las. W połowie drogi dotarliśmy do punktu widokowego, z którego podziwniać mogliśmy panoramę wyspy, wodospady i potoki z kolei uatrakcyjniały nam drogę powrotną. Przed wyjazdem naszym założeniem był jednak odpoczynek, dlatego też niespecjalnie zależało nam na ciągłej gonitwie z miejsca na miejsce by zobaczyć coś nowego. Zupełnie odcięci od świata w końcu udało nam się znaleźć chwilę spokoju i czas na nudę. Spotkani w backpacker'ni ludzie inspirowali nas swoimi historiami, a wszechobecne kury i koguty wprowadzały sielski klimat. Niestety tydzień w raju minął bardzo szybko i powrót do Sydney był dość bolesny nie tylko ze względu na niższe temperatury ale również konieczność powrotu do rzeczywistości- praca i kolejne 10 tygodni szkoły Bartka. Jedynym pozytywem tego wszystkiego jest fakt, że mamy dziś pierwszy dzień wiosny, po której nieuniknienie przyjdzie lato.

A Wam jak minęły wakacje w tym roku? To pierwszy okres wakacyjny, który spędziliśmy poza Polską, co było bardzo trudnym doświadczeniem, jednak natłok obowiązków skutecznie odciągał nas od melancholijnych myśli.

See Ya!


  

2 komentarze:

Unknown pisze...

Szkoda, że tak rzadko piszecie. I czemu nie wrzucacie zdjęć do postów, dużo ciekawiej by się czytało.

Unknown pisze...

Minął już rok od ostatniego Waszego wpisu, czy coś się zmieniło, a może wróciliście już do Zabrza?