niedziela, 25 maja 2014

Nowa Zelandia- Wyspa Południowa


Przeprawa promowa z Wellington do Picton zajęła nam około trzech godzin. Po pięciu dniach dość mizernej pogody w końcu doczekaliśmy się słońca, które nie tylko pozytywnie nas nastawiło, ale także spotęgowało piękno otaczającej nas przyrody. Oddalająca się stolica kraju otoczona zielonymi wzgórzami była niezapomnianym widokiem, podobnie jak fiordy, w które wpłynęliśmy zmierzając w kierunku portu. Z położonego w północnej części wyspy Picton, nie tracąc czasu ruszyliśmy na wschodnie wybrzeże  do Kaikoury,  turystycznej miejscowości, której główną atrakcją są wieloryby- kaszaloty, które obserwować można tutaj całym rokiem. Przez blisko 150 kilometrów trasy przedzieraliśmy się przez wysokie wzgórza, by w końcowym jej etapie dotrzeć do wybrzerza, gdzie podziwiać moglismy wygrzewające się na skałach foki. Jest to zjawisko bardzo popularne w tej części kraju i nikogo nie dziwi widok uchatek na plażach pobliskich miejscowości.  Po dotarciu do celu i szybkiej przechadzce po okolicy zdecydowaliśmy się skorzystać z dobrodziejstw hostelu jakimi były spa i sauna, które umożliwiły nam regenerację przed długą trasą, zaplanowaną na dzień następny. Autostradą zwaną Great Alpine Highway prowadzącą przez przełęcz Arthur’s Pass postanowiliśmy przedostać się ze wschodniego, na zachodnie wybrzeże. Jest to blisko 170 kilometrowy odcinek, który w jej końcowym etapie prowadzi przez Park Narodowy Arthur’s Pass. Fantastyczne widoki, wierzchołki gór pokryte śniegiem,  krystalicznie czyste jeziora, wielkie formacje skalne wyrastające spod ziemi, wodospady i ogromne wiadukty to tylko część atrakcji. Tego dnia udało nam się również zobaczyć po raz pierwszy Keę, drapieżną papugę zamieszującą tereny Nowej Zelandii. Po dotarciu do wybrzeża pozostało nam jeszcze dodatkowe 150 kilometrów trasy, tak więc po blisko 10h jazdy udało nam się dotrzeć do celu- Park Narodowy Westland, a w nim malownicza mieścina- Franz Josef, gdzie otoczni wysokimi na ponad 2000 metrów górami zostaliśmy na noc. To własnie tutaj właściciel hostelu zaskoczył nas najbardziej. Nic to, że darmowa, zupa dla wszystkich, nic to, że darmowe śniadanie. Nie dość, że spędziliśmy przemiły wieczór ucząc się żąglować ogniem (a właściwie linami, oraz kijami, które były podpalone), to dodatkowo na zakończenie dnia przyjechał po nas wielki Hummer Limuzyna, który obwiózł nas po okolicy, by następnie podrzucić do oddalonego o 100 metrów od hostelu pubu. W pubie z kolei musieliśmy wykazać się nie lada sprytem, bowiem każdy kto wdrapał się na zjajdującą się po środku parkietu rurę dostawał darmowego drinka. Bart wskoczył na górę niczy zawodowy zbieracz kokosów, ja z kolei musiałam walczyć z rurą znacznie dłużej, koniec końców i mnie się udało. Dnia następnego, z dość ciężkimi głowami udaliśmy się na dwa pobliskie lodowce. Lodowiec Franza Josefa (Franz Josef Glacier) oraz Lodowiec Foxa (Fox Glacier) są nie lada atrakcjami. Zsuwające się bowiem mozolnie z gór jęzory lodu można podziwiać z bardzo bliskiej odleglości. Schodzą one na wysokość 250 m.n.p.m oraz są jedynymi na świecie lodowcami kończącymi swój bieg w lasach deszczowym morskiego klimatu umiarkowanego. Po wspaniale spędzonym przedpołudniu wyruszyliśmy w kierunku południowym. Po drodze zatrzymaliśmy się przy oceanie by zaznaczyć swą obecność w Nowej Zelandii. Na białych kamieniach ludzie wpisują „złote myśli“, które następnie przejeżdzający trasą kierowcy mogą czytać. Nie zastanawiając się zbyt długo znaleźliśmy odpowiedni kamień i również wpisaliśmy pamiątkowe pozdrowienia z Polski. W dalszej części trasy przedzieraliśmy się przez Park Narodowy Mount Aspiring, gdzie przejeżdzaliśmy obok wysokich na 3000 metrów gór, oraz podziwialiśmy błękitne, polodowcowe jeziora. Celem tego dnia była Wanaka, miejscowośc znacznie bardziej turystyczna niż te w których byliśmy dotychczas. Kurort narciarski, w którym mimo bardzo małej populacji czuć fantastyczną atmosferę, oraz zapach palonego w kominkach drewna. Było to jedno z tych miejsc, z których bardzo ciężko jest wyjechać, zwłaszcza po śniadaniu z widokiem na jezioro, które okalają złoto- czerwone drzewa, zza którego wyrastają pokryte śniegiem góry. Widok niczym z pierwszych stron National Geografic. Nie spiesząc się szczególnie tego dnia postanowiliśmy zostać w Wanace całe przedpołudnie, które spędziliśmy spacerując po okolicy. Około południa ruszyliśmy w dalszą drogę, punktem docelowym był oddalony o 350 kilometrów Milford Sound. Jest to rejon znajdujący się w Parku Narodowym Fiordland, do którego żeby dotrzeć trzeba przedzierać się przez drogi prowadzące pomiędzy skalistymi górami, przy których co rusz znajdują się znaki z ostrzeżeniami o spadających kamieniach. Dodatkową atrakcją jest tunel Homera przypominający kopalniany korytarz, przez który trzeba przejechać by dotrzeć do jedynej w tym rejonie noclegowni, w której spędziliśmy dwie noce. Niestety pierwszy dzień naszego pobytu w tym rejonie spędziliśmy na totalnym leniuchowaniu z racji padającego deszczu. Lejące się z nieba strugi wody uniemożliwiły nam zwiedzenie okolicy , jednak mimo wszystko było to całkiem przyjemny i bardzo relaksujący dzień. Dnia następnego mieliśmy znacznie więcej szczęścia jeżeli chodzi o pogodę i już z samego rana wyruszyliśmy na pierwszy z możliwych rejsów po Zatoce Milforda. Temperatura w okolicach 0‘C, oraz porywisty wiatr nie zniechęciły nas do podziwiania stromych brzegów zatoki, oraz wygrzewających się na skałach fok. Piękne widoki, dziewicza naturę, oraz wyrastające z wód ogromne, skały napewno na długo zapadną nam w pamięci. Zaraz po rejsie, lekko zmarznieci wyruszyliśmy w dalszą trasę, a właściwie cofnęliśmy się do miejsca, przez które przejeżdżaliśmy dwa dni wcześniej, mianowicie Queenstown. Znużeni podróżą, oraz przejęci zaplanowanymi na dzień następny atrakcjami zasnęliśmy tego wieczoru dość szybko. W środę, z samego rana udaliśmy się do siedziby AJ Hackett, by wraz z resztą grupy wybrać się do znajdującego się na obrzeżach miasta tajemniczego miejsca, które jest terenem prywatnym firmy, a dojechać tam można jedynie podstawionymi autami. Po dotarciu do celu, naszym oczom ukazała się zawieszona wysoko nad ziemią platforma, z której można wykonać skok bungy. Byliśmy pierwszą grupą tego dnia i przyznać trzeba, że czuliśmy lekkiego stracha, który spotengował się wówczas gdy przedostawaliśmy się na rzeczoną platformę i pod nogami zobaczyliśmy wysokość z jakiej będzię dane nam skończyć. Milion myśli w głowie, po co, na co i dlaczego? Czemu wydaliśmy tyle kasy, tylko i wyłącznie po to żeby tak się bać ... Odpowiedź na te pytania przychodzi dopiero w momencie kiedy swobodnie spadasz w dół, kiedy lina się naciąga i czujesz momentalny przypływ adrenaliny, nieporównywalny z niczym innym. Bartek z racji swojej wagi skakał drugi, ja z kolei przedostatnia. Możecie sobie tylko wyobrazić jak bardzo wpływało to na moje zdenerwowanie. Starałam się jednak nie myśleć o tym co mnie czeka i pomogło ... 3,2,1 BUNGEEEEE ... leeeecisz i myslisz, czy lina napewno się naciągnie, czy nie przerwie się akurat w tym momencie, jednak profesjonalizm i doświadczenie obsługujących nas ludzi były wystarczające by wyjść z tego bez szwanku. Jakby tego było mało w pakiecie z bungy kupiłiśmy również „swing“, jest to najwieksza na świecie huśtawka. W jej początkowym etapie przez 70 metrów swobodnego spadasz (w pozycji jaką sobie wybierzesz), by w później huśtać się po 300 metrowym łuku. Wrażenia niezapomniane! W tym wypadku do platformy z której spadaliśmy nie dostawaliśmy się gondolą, a zawieszonym wysoko nad ziemnią mostem, co było dodatkową atrakcją. Przyznam szczerze, że po skoku z bungy miałam lekkie obawy przezd „swingiem“, co tu dużo mówić miałam niezłego cykora, jednak bliska obecność Bartka, fakt, że skaczemy razem, oraz zapewnienia obsługi o bezpieczeństwei skoku przeważyły.  Fantastyczne emocje, niezapomniane doświadczenie i dużo świetnej zabawy (zachęcamy do klikania tutaj i tutaj by przekonać się jak bardzo można się bać :D). Po przedpołudniu pełnym wrażeń bardzo zgłodnieliśmy, dlatego zaraz po wyjściu z autobusu bez zastanienie ruszyliśmy na słynne Fergburgery, najlepsze w Queenstown (i chyba na świecie!) hamburgery, które kupić można o każdej porze dnia i nocy, i do których zawsze jest kolejka. Zaraz po tym postanowiliśmy dać upust emocjom i ruszyliśmy w podróż po okolicznych pubach, w jednym -8’C i lodowe szklanki, w innym piwa w litrowych kuflach, w następnych z kolei fantastyczny relaks przy kominku. Mieliśmy plan zaszaleć tej nocy, jednak emocje wzięły górę i dość szybko tej nocy padliśmy ze zmęczenia. W Queenstown mieliśmy być zaledwie jeden dzień, jednak tak nam się spodobała ta turystyczna mieścina położone w północnej części Jeziora Wakatipu, że postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt o kolejny dzień. Nie tracąc czasu na leniuchowanie postanowiliśmy zwiedzać, spacerować, poznawać nieznane. Już z samego rana wyruszyliśmy na Wzgórze Queenstawn, na które droga wiodła przez gęsty las. Przyznać trzeba, że spacer wymagał pewnej sprawności fizycznej i dość dobrej kondycji, jednak rozciągający się ze szczytu widok zrekompensował wcześniejsze trudy. Dodatkową nagrodą na wierzchołku wzgórza była znaleziona przez nas skrzynia skarbów, w której zaznaczyliśmy swoją obecność i tym samym zalogowaliśmy kolejnego znalezionego w Nowej Zelandii kesza (dla nie wtajemniczonych serdecznie zapraszamy na www.geocaching.com).  Tego samego dnia popołudniem wybraliśmy się również do Ogrodów Queenstown, gdzie przechadzając się podziwiać mogliśmy piękno jesiennej natury. Dodatkową atrakcją w parku był „frisbee golf course“, który jest niczym innym jak polem do gry we freesbe. Zasady są podobne do gry w golfa, w określonej ilości rzutów trzeba zdobyć „dołek“, które były porozstawiane po parku. "Dołek" z kolei był niczym innym jak metalowym słupkiem obwieszonym łańcuchami. Zauważyć było można, że to bardzo popularna dyscyplina sportu, bowiem z dyskami w rękach mogliśmy spotkać nie tylko dzieciaki, czy młodzież ale również dorosłych. Niestety nasza przygoda z Nową Zelandią powoli dobiegała końca. Dnia następnego czekała nas blisko 500 kilometrowa trasa z Queenstown do Christchurch, skąd mieliśmy samolot powrotny. Wyruszyliśmy z samego rana, zaczęliśmy od podjęcia paruu keszy, później przystanek przy jeziorze Pukaki i Tekapo, które słyną ze swej błękitnej wody, oraz majestatycznych widoków. Świeżo wędzony łosoś chwilę wcześniej wyłowiony z pobliskiego kanału, plus widok na góry Parku Narodowego Aoraki, skąd dostrzec można najwyższy szczyt Nowej Zelandii- Mount Cook, skutecznie opóźniły nam dalszą podróż. Nie tracąc jednak czasu ruszyliśmy w dalej. Do Christchurch dotarliśmy wieczorem, tym razem nie zarezerwowaliśmy  noclegu, bowiem samolot mieliśmy w środku nocy i stwierdziliśmy, że jest to nieopłacalne. Nie zastanawiając się długo ruszyliśmy wobec tego w miasto, mieliśmy do podjęcia jeszcze parę keszy by osiągnąć cel, który sobie wytyczyliśmy. Jakie było nasze zdziwienie gdy po dotarciu do centrum największego miasta na Wyspie Południowej zastaliśmy pustkę, ciszę i spokój. Spacerując ulicami miasta co rusz napotykaliśmy tablicę ostrzegające przed niebezpieczeństwem zawalenia,  z informacjami na temat objazdów, czy terenów budowy. Okazuje się, że mające miejsce trzy lata temu trzesienie ziemi, które pochłonęło 185 osób obróciło miasto w jeden wielki plac budowy. Tym, niestety smutnym akcentem zakończyliśmy fantastyczną przygodę w Nowej Zelandii. Trudno było wracać do Sydney, zwłaszcza, że w perspektywnie była praca i szkoła. Jedynym pocieszeniem po dotarciu do Australii był fakt, że mimo kalendarzowej jesieni, i zbliżającej się wielkiemi krokami zimy temperatury wciąż oscylują w granicach 25’C, co jest niezwykłe jak na te porę roku.

 14 dni, 3250 kilometrów, 100 keszy, 15 gigabajtów (!!) zdjęć i filmów, oraz nieskończona liczba wspomnień. Tak w skrócie można opisać naszą wyprawę do Nowej Zelandii, do której z pewnością kiedyś powrócimy.

P.S.
Zdjęcia niestety straciły na jakości jeszcze bardziej po ich zmniejszeniu... ale mimo wszystko zachęcamy do przeglądania galerii :)

See Ya!


Brak komentarzy: