niedziela, 4 grudnia 2011

no i mamy grudzień ...

Na samym początku wszystkim górnikom i Barbarom wszystkiego co najpiękniejsze w dniu ich święta!
Wam chopy tyle wjazdów ile zjazdów a Wam Barbórki samych słonecznych w życiu dni! :)

Ostatnie trzy tygodnie minęły bardzo spokojnie i schematycznie. W zasadzie nic ciekawego i godnego uwagi się nie wydarzyło. Pogoda w Sydney poniżej krytyki. Zamiast narzekać na słońce i upał, który jest nie do wytrzymania grzejemy się pod kocami i parzymy gorące herbatki. Z kolei z tego co się słyszy w Polsce dosyć ciepło jak na tę porę roku, co więc dzieje się z tym światem?! :D Czyżby przepowiednia Majów o końcu świata powoli zaczynała się realizować? 2012 tuż tuż ... 
Po powrocie z surf-weekendu dochodziliśmy do siebie cały tydzień, niewyspany i zmęczony organizm upominał się odpoczynku każdego kolejnego dnia. Doczekaliśmy jednak weekendu i zregenerowaliśmy trochę siły na kolejny tydzień, który jak każdy poprzedni minął niesamowicie szybko (odnoszę nawet wrażenie, że tutaj nie tylko strefa czasowa jest inna ale również minuta ma mniej sekund, czas ucieka między palcami błyskawicznie). Jedyną zabawną sytuacją tygodnia, którą muszę tutaj przytoczyć był powrót w piątkowy wieczór do domu. Jak to zwykle w Sydney bywa pogoda była deszczowa, wracaliśmy do domu po piątkowym pubie z kapturami na głowach, przed nami dwoje ludzi z psami. Co sobie myślicie widząc psy na smyczy bez kagańca - niegroźne? taaak, my też tak pomyśleliśmy, tym czasem ... CHAPS! pies łapie Bartka za udo (całe szczęście bardzo subtelnie, bardziej zaczepia niż gryzie), co na to Bart? Skonsternowany i pełen agresji odwraca głowę do psa i tak oto rzecze: "fakin kurwa dog!" :D Sytuacja wówczas nie była tak zabawna, dobrze, że właściciel był Australijczykiem (którzy zazwyczaj są bardzo wyrozumiali), dobrze, że deszcz padał (który zagłuszył słowa Barta), dobrze, że wyrażenie było bi-lingwistyczne (które mogło być zupełnie niezrozumiałe), w innym wypadku sytuacja mogłaby potoczyć się inaczej :D 
Żeby nie narzekać cały czas to szczerze muszę przyznać, że pogoda w zeszły weekend dopisała wyśmienicie, nic jednak nie udało nam się zwiedzić bo w sobotę Bartek pracował a z kolei w niedzielę ja byłam na kursie pierwszej pomocy - kolejny weekend odhaczony. Nowy tydzień rozpoczęty z nowymi pokładami energii, jak się okazało bardzo przydatnymi bo nie tylko czekało nas świętowanie urodzin Bartka, ale także jednego ze współlokatorów, tak więc we wtorek zaczęliśmy już świętować by zakończyć w środę :) oczywiście wszystko musiało odbywać się bardzo delikatnie i rozsądnie bowiem cała nasza piątka w czwartek z samego rana musiała stawić się w pracy. W zasadzie to muszę również publicznie podziękować mojemu rozsądkowi i samokontroli za bardzo widzialny znak "STOP" w mojej głowie :D widok pijanego baristy w czwartkowy poranek, który nie wie jak poradzić sobie z powoli wszechogarniającym go kacem potwierdził moje obawy przed imprezowaniem w środku tygodnia. Jak się później okazało Kimi - barista nie dotrwał końca dniówki, musiał zejść ze stanowiska pracy wcześniej by udać się do domu na potrzeby odpoczynek :D 
Wracając jeszcze do środowych urodzin Barta ... jako, że chcieliśmy spędzić ten dzień bardziej niekonwencjonalnie niż zwykle zrobiliśmy sobie w szkole małe wagary i wybraliśmy się na 47 piętro jednego z tutejszych biurowców. Restauracja z barem ulokowane na obrotowej platformie pozwalają w przeciągu godziny zobaczyć miasto z każdej strony, oczywiście nam przy jednym piwku udało się zobaczyć jedynie część tego widoku (przecież picie 330 ml piwa przez godzinę było by jego profanacją! :D). Na początku zajęliśmy jednak miejsca z widokiem na most i Operę, także to co najważniejsze zaliczyliśmy :) Reszta tygodnia okazała się być mniej pomyślna, w piątek Bart stracił pracę ... ale spokojnie, bez obaw numer konta, na który możecie składać świąteczną darowiznę podamy w załączniku :D a tak poważnie to nie jest źle, Pyszczek się przynajmniej wyśpi, odreaguje wczesne wstawanie i zregenerowany znajdzie coś lepszego :) Ja tym czasem w sobotę zaliczyłam kolejny kurs ("pool lifeguard requalification"), nie było łatwo z racji tego, że prowadzący okazał się być typowym Australijczykiem, który przy mówieniu nie otwiera ust, także miałam pewne problemy ze zrozumieniem ale za to ćwiczenia praktyczne zaliczone wyśmienicie. Na teście teoretycznym z kolei co nieco ściągnęłam i rzutem na taśmę zaliczyłam całość :) teraz mogę być ratownikiem na basenie (nie to, żebym była niezadowolona z pracy w kawiarni ale dodatkowa kasa zawsze się przyda, tym bardziej, że całkiem ciekawe oferty różnorakich produktów otaczają nas zewsząd :p). W sobotę byliśmy też umówieni ze znajomymi w knajpie by świętować urodziny Barta i koleżanki z Kolumbii. Kurs był jednak na tyle wyczerpujący, że Bart poszedł sam (a to mu się niespodzianie prezent urodzinowy trafił, sam na imprezie w centrum Sydney z międzynarodowymi koleżankami :D), wrócił jednak o przyzwoitej porze także póki co nie mam chyba powodów do obaw. Dzisiejsza niedziela, jak to niedziela - leniwa i deszczowa. Na 12 wybraliśmy się do kościoła, w którym adwent pełną parą. Pieśni, świece adwentowe choinki, gwiazdy wszystko to bardziej niż gadżety na ulicach przypomina o zbliżających się wielkimi krokami świętach ... Po kościele z kolei pokazano nam chiński sklep z polskimi produktami, jakieś było nasze szczęście gdy zobaczyliśmy przyprawy z prymata (jeeeest! w końcu potrawy będą smakować bardziej swojsko), wielkiego kubusia malinowo - marchewkowego, delicje, paprykarz szczeciński i pasztet :D jakby tego było mało to dziś na Darling Harbour był "dzień polski" :) mimo potwornego deszczu znaleźć tam można było pierogi, bigos, kaszankę (krupioooooka normalnie! :D) no i butelkowego, polskiego żywca! (wprawdzie koszt całe 7,5$ za jedno no i pić było trzeba z plastikowego kubka ale czego się nie robi dla smaku polskiego piwa :) oprócz pogody nie dopisała również starsza pani, która była właścicielką owego piwnego biznesu. Wyobraźcie sobie drodzy czytelnicy, że staliśmy sobie pod parasolem gdzie sprzedawane było piwo bo potworna ulewa akurat była a starsza pani (Polka rzecz jasna) tymi słowy wyprosiła nas spod namiotu: 
"proszę stąd wyjść, biznes jest najważniejszy, tamujecie państwo dojście do piwa". Po ponad dwóch miesiącach pobytu w Australii gdzie ludzie są naprawdę bardzo przyjaźni i bezkonfliktowi słowa te z ust rodaka były "bezcenne" :/

Kolejna leniwa niedziela dobiega końca, pozwólcie, że pójdę jeszcze ponicnierobić zanim będę musiała jutro wstać do pracy :)

See Ya!

1 komentarz:

anula pisze...

Anka, czytam i smieje sie, cos mi sie wydaje,ae jak przyjedziesz albo jescze in Osztralia zaczniesz pisac e buk ;D i z tego co piszesz, to cos sie dzieje!:) moze wpadniecie i pojdzoemy razem na pasterke......!!! juz niedlugo;p :*:*:* nie podalas konta, a chcialam wplacic, no ale trudno, szkoda, nie bedziecie mieli za co kspuchy i grochu kupic;> dowiedzilam sie tez,ze mamyt wspolna znajoma- moja byla instruktorke, Zanete hoszczewska, bylo, bo wczoraj sie dowiedzialm "ze nie weim, co panstwo robili w tym samochodzie(ja i instruktor Bogus),ale Bogus kazal zrezerwowac wszystkie pani jazdy z nim" powiedzila pani wlascicielka hahha:D:D:D mmmmmm;D
buziollll!!!!!!!!!:*:**:*:*: