"Pacze" i widzę, że już blisko miesiąc nas tu nie było. Za wszelkie opóźnienia i brak systematyczności przepraszamy, ostatnio trochę mało czasu było, a i nic ciekawego, godnego szczególnej uwagi również się nie działo. Styczeń zakończył się jak na tegoroczne lato przystało deszczowo i pochmurnie. 26 stycznia to nie tylko dzień urodzin Łukasza (brata mojego) :p ale także "Australia Day". Australijczycy świętują założenie przez kapitana Arthura Phillipa pierwszej osady na terenie dzisiejszego Sydney, z kolei Aborygeni organizują manifestacje przeciwko inwazji Brytyjczyków na ich terytorium. Dzień ten generalnie jest dniem wolnym od pracy, jednak dla nas imigrantów z dalekiej Europy to dzień jak co dzień. Mimo konieczności stawienia się tego dnia w pracy po jej zakończeniu postanowiliśmy przespacerować się po centrum by zobaczyć co i jak z tym ich wielkim świętem. Nie wiem czy Australijczycy mają jakieś wtyki czy po prostu tylko trochę szczęścia bowiem tego dnia pogoda dopisała wyśmienicie. Żar lejący się z nieba uniemożliwił nam zwiedzenie wszystkiego co mogło być godne uwagi ale za to umożliwił zorganizowanie wszystkich zaplanowanych pod gołym niebem atrakcji. Przepychanie się przez rzeszę wymalowanych i poprzebieranych w narodowe barwy Australii ludzi nie należy do rzeczy szczególnie przyjemnych, oglądanie cieszących się i fotografujących wszystko Azjatów również nie, także postanowiliśmy spokojnie wrócić sobie do domu pozostawiając celebrujących Ozików w centrum miasta. Ostatni weekend stycznia był weekendem pożegnalno - urodzinowym jednego z naszych brazylijskich znajomych. Jako, że 6 luty był dla Stevana dniem kończący jego australijską przygoda postanowił on zorganizować imprezę w domu naszych polskich kolegów :D. Całe szczęście nowo wybudowane mieszkania w centrum Sydney mają wygłuszane ściany bo w innym wypadku musielibyśmy spodziewać się wizyty australijskich organów ścigania :D Cała impreza przebiegła jednak jak na międzynarodową ekipę przystało bardzo spokojnie :) Wraz z nadejściem nowego miesiąca pogoda zaczęła się nieznacznie zmieniać (na lepsze). Już w pierwszą sobotę lutego zaraz po pracy wybraliśmy się do nas nad zatokę by załapać trochę brązu. Na drugi dzień pogoda dopisała równie dobrze, wiec postanowiliśmy naładować akumulatory energią słoneczną na plaży La Perouse, która znajduje się z drugiej strony zatoki. Woda w Botany Bay dość ciepła porównując do wody w Bałtyku podczas lata, jednak swym wyglądem przypominała bardziej zieloną jeziorankę niż błękit oceanu. Po tak udanym weekendzie kolejne deszczowe i wietrzne dni tygodnia nie napawały optymizmem i spowodowały, że utraciliśmy nadzieję na powtórkę weekendu na plaży. Jakież było nasze zdziwienie gdy po chłodnej sobocie przywitała nas zupełnie bezchmurna i bardzo słoneczna niedziele. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej wskoczyliśmy do samochodu Karola (współlokator) i ruszyliśmy na Palm Beach. Oddalona o około 50 km plaża, która swym kształtem z lotu ptaka przypomina palmę bardzo miło nas zaskoczyła. Duuuuże fale, piasek, słońce, błękit oceanu - czego więcej chcieć?! Dodatkowo masa wolnego miejsca i zero ścisku, wszystko to wynagrodziło nam ponad dwugodzinny powrót do domu spowodowany gigantycznym korkiem (dla wtajemniczonych - coś a'la powrót z Jastarni w godzinach szczytu :D). Poza tym wszystko układa się bardzo pomyślnie :) praca na basenie póki co w porządku, do wstawania o 4 nad ranem można się przyzwyczaić a i widok trenujących na basenie olimpijczyków takich jak na przykład Geoff Huegill (o którym to ostatnio rozpisywały się wszystkie australijskie gazety bo urodziła mu się córeczka) czy Therese Alshammar rekompensuje zmęczenie :) pewnie duża w tym moja zasługa, że jeszcze się nie potopili, w końcu jestem ratownikiem i czuwam nad ich bezpieczeństwem :D Bart też cały czas radzi sobie wyśmienicie, póki co praca ciągle jest, także stać nad na opłacenie czynszu i kupno jedzenia :D ostatnio nawet zaszaleliśmy i zakupiliśmy sobie autko :D Ford Laser może i nie jest spełnieniem naszych marzeń ale ważne, że ma cztery koła, kierownicę i jeździ :) co mamy zamiar wykorzystać podczas weekendowych wypadów poza miasto. W ostatni piątek byliśmy również pierwszy raz w szkole. Wakacje niestety dobiegły końca i trzeba było stawić się do nowego college na czas. Na czwartym piętrze lekko podupadłej kamienicy umiejscowionej w samym centrum miasta znajduje się Cambridge College International, którego to jesteśmy studentami. Przekazana na "dzień dobry" informacja o dodatkowym tygodniu wakacji pozwala nam z optymizmem patrzeć w przyszłości, mając nadzieję, że "studiowanie" w tym miejscu w żaden sposób nie będzie kolidować z codziennym życiem w Sydney :D To tyle na dziś :)
Wszystkim zakochanym i tym, którzy zakochani nie są życzymy udanego dnia! :D
See Ya!
2 komentarze:
a swojej białej strzały czemu nie pokazaliście ? ;D
bo niema się czym chwalić :p
Prześlij komentarz