Od momentu naszego przybycia do Australii, jako wielcy (lub też przeciętni, jak kto woli :p) fani piłki nożnej ciekawi byliśmy jaki poziom reprezentują piłkarze podczas meczów Australijskiej ligi. Nigdy jakoś nie było po drodze by przekonać się o tym na własnej skórze, aż do zeszłej soboty...
Wraz ze znajomymi postanowiliśmy wybrać się na mecz FC Sydney kontra Melbourne Victory. Mecz rozpoczynał się o godzinie 19:45 na Allianz Stadium nieopodal centrum Sydney. Jako, że godzina rozpoczęcia była stosunkowo późna postanowiliśmy więc spotkać się wcześniej na kolacji w polskiej restauracji "Alchemy" (w sumie mogłoby brzmieć bardziej polsko). Mała, przytulna knajpka z polskojęzycznym właścicielem okazała się być wyśmienitym wyborem. Zamówiony przez nas placek po węgiersku i rolady z kapustą i ziemniakami (nie były oczywiście tak pyszne jak u mamy :p) spełniły nasze oczekiwania. Z kolei wiśniowa nalewka "home-made" paliła w przełyku jeszcze długo po jej spożyciu :) Swoją drogą właściciel do złudzenia swym zachowaniem przypomina pewnego znanego właściciela górznieńskiej gastronomii, który równie skutecznie potrafił przekonać do złożenia kolejnego zamówienia :D Najedzeni i baaaardzo zadowoleni udaliśmy się pieszo na wspomniany uprzednio stadion. Pierwsza rzecz jaka nas zaskoczyła to tłumy ludzi zmierzające w tym samym kierunku. Gdyby ktoś zgubił drogę, lub nie wiedział w którą stronę pójść z pewnością podłączając się do grupy odzianych w błękitne koszulki kibiców trafiłby tam bezbłędnie. W okolicach stadionu rozstawione były liczne stoiska z gadżetami drużyny FC Sydney, jednak nic tak bardzo nie przyciągało kibiców jak umieszczony w strategicznym punkcie wóz zakładów bukmacherskich "TAB", w którym obstawić można było wynik meczu. Po wejściu na teren Allianz Stadium nie mieliśmy większego problemu ze znalezieniem odpowiedniej bramki, przez którą mimo sporego tłumu przeszliśmy bardzo szybko (przepustowość różni się znacznie od tej w Polsce). Jeszcze tylko szybko zahaczyliśmy o stoisko z piwem i udaliśmy się na nasze miejsca, które znajdowały się na wysokości środkowej linii boiska. Pierwsze wrażenie? Bardzo pozytywne, wprawdzie stadion nie był zapełniony po brzegi ale ponad 21 tysięcy kibiców to i tak bardzo dużo jak na dyscyplinę sportu, która jest tutaj znacznie mniej popularna niż chociażby futbol australijski. Dodatkowym wabikiem przyciągającym na stadion kibiców (głównie włoskich, ale nie tylko :D) jest oczywiście Alessandro Del Piero będący w składzie drużyny od września tego roku. Przyznać trzeba, że lata świetności ma już daaaawno za sobą ale mimo wszystko skuteczność podań miał chyba najlepszą :) Pierwsze minuty meczu wydawały się być dość interesujące, jednak według naszej subiektywnej oceny poziom gry był znacznie niższy niż ten reprezentowany przez topowe kluby europejskie. Już w 14 minucie padła pierwsza bramka dla gospodarzy, którzy spokojnie utrzymali wynik do końca pierwszej połowy. Zaraz po powrocie z szatni, w 3 minucie drugiej połowy drużyna z Sydney podniosła wynik na 2:0, i to by było na tyle ... Trener drużyny przekonany o swym zwycięstwie ściągnął z boiska Del Piero, który skutecznie trzymał przy sobie trzech obrońców drużyny przeciwnej. Po tej zmianie było już tylko gorzej w 78 minucie drużyna gości strzeliła pierwszą bramkę, po niecałych 10 minutach (86') był już remis, by ostatecznie w 91 minucie przegrać mecz ... Zniesmaczeni wynikiem jednak generalnie zadowoleni udaliśmy się na finalne piwko do pobliskiej knajpki. Około 22 wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach, my również... na Oxford Street gdzie umówiliśmy się z Susanne (dziewczyną kuzyna; podróżują po Australii od około 2 lat, obecna lokalizacja: Queensland) która wpadła do Sydney by spotkać się ze znajomymi :) Trzeba przyznać, że spotkanie po latach było baaaardzo miłym akcentem minionego weekend. Czasu było mało a rzeczy do opowiedzenia dużo, także już teraz umówiliśmy się wstępnie na kolejne spotkanie w okolicach Świąt Bożego Narodzenia. Czy plan wypali? Czas pokaże ... :)
Dodatkowo jakby kogoś to interesowało to mieliśmy w domu mysz ... nie kangura, nie koalę, nie jadowitego pająka (chyba!) ani węża mordercę tylko zwykłą, polną myszkę. W sumie zlokalizowałam ją już jakieś trzy tygodnie temu (ale wtedy nikt mi jeszcze nie wierzył), jednak wpadła w zastawione sidła dopiero wczoraj (mam nadzieję, że samotnie przebywa u nas w domu).
Nooo to tyle z nowości :)
See Ya!
Dodatkowo jakby kogoś to interesowało to mieliśmy w domu mysz ... nie kangura, nie koalę, nie jadowitego pająka (chyba!) ani węża mordercę tylko zwykłą, polną myszkę. W sumie zlokalizowałam ją już jakieś trzy tygodnie temu (ale wtedy nikt mi jeszcze nie wierzył), jednak wpadła w zastawione sidła dopiero wczoraj (mam nadzieję, że samotnie przebywa u nas w domu).
Nooo to tyle z nowości :)
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz