środa, 7 listopada 2012

Sculpture by the Sea 2012

"Sculpture by the Sea" to największa na świecie, darmowa wystawa rzeźb pod gołym niebem. Po raz pierwszy odbyła się w 1996 roku i trwała zaledwie jeden dzień. W tym roku z kolei rzeźby ponad 100 artystów z kraju i zagranicy podziwiać było można nieco ponad dwa tygodnie. Jako, że 4 listopada był dniem kończącym imprezę postanowiliśmy "rzutem na taśmę" skorzystać z możliwości podziwiania wystawy. W niedzielę z samego rana wybraliśmy się na plażę Bondi, gdzie rozpoczynała się trasa wycieczki. Żar lejący się z nieba (który przyszedł zupełnie niespodziewanie) i tłumy ludzi nie do końca pozwoliły nam cieszyć się urokami nadmorskiego spaceru, jednak koniec końców nie było tak źle :) Podczas dwu-kilometrowego, nadmorskiego spaceru między plażami Bondi i Tamarama podziwiać mogliśmy bardzo oryginalne eksponaty. Kangur z koszykiem z supermarketu, wygrzewający się na skałach krokodyl czy stąpająca niczym linoskoczek po bambusowym kiju kostucha to tylko niektóre z przedstawionych w tym roku rzeźb. Porównując jednak eksponaty z rokiem poprzednim zgodnie stwierdziliśmy, że tegoroczne były mniej atrakcyjne. Po blisko 1,5h nadmorskiej wędrówki udaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w kierunku zabukowanej uprzednio malezyjskiej knajpki na obiad. Wprawdzie nie było to nasze pierwsze spotkanie z kuchnią azjatycką ale problem z wybraniem dania mieliśmy dokładnie taki sam jak za pierwszym razem. Zdecydowaliśmy się na przystawki w postaci mięsa wołowego i kurczaka w sosie orzechowym, "satay" (bo taka jest nazwa przystawek) swym wyglądem przypominały nieco nasze szaszłyki, jednak były znacznie mniejsze. Brzmi wyjątkowo niesmacznie? Wiem, wiem ... też mieliśmy takie wrażenie, smakuje jednak zdecydowanie lepiej :) Na główne danie wybraliśmy danie z wołowiny o nazwie "radang" w sosie curry i ryż z krewetkami - coś pysznego! Mimo tego, że jeść mogliśmy do oporu, bowiem wykupiony mieliśmy bez limitowy voucher postanowiliśmy dość szybko przejść do deseru, który był najmniej smacznym elementem. Podstawowym składnikiem owego deseru było bowiem mleko kokosowe z dodatkiem zabarwionych na zielono żelowych klusek, czerwoną mini-fasolą i cukrem palmowym. Najedzeni po uszy, mozolnie udaliśmy się na zaplanowane wcześniej zakupy podczas których udało nam się "ustrzelić" aparat za pomocą którego będziemy robić umieszczane w galerii zdjęcia :) Tym czasem w listopadowym folderze zdjęcia zrobione starym, poczciwym LUMIX'em :)

See Ya!

Brak komentarzy: