środa, 2 stycznia 2013

okres świąteczno-noworoczny

Hmmmm, tyle rzeczy się wydarzyło, że trudno jest się zdecydować od czego by tu zacząć. Zacznę więc może od początku...
W tym roku (właściwie to już w zeszłym) po raz drugi spędzaliśmy Święta Bożego Narodzenia poza domem. W ramach rekompensaty i próby stworzenia prawdziwej, świątecznej atmosfery zorganizowaliśmy Wigilię u nas. Zaprosiliśmy znajomych, był barszcz, pierogi, krokiety i makowiec. Jednym słowem Wigilia na całego, jednak mimo usilnych starań i fantastycznego klimatu nie udało się wykrzesać atmosfery iście świątecznej. Wigilijna kolacja mimo bardziej niż zwykle uroczystej oprawy swym klimatem przypominała raczej cotygodniowe BBQ, niż świąteczną kolację. 
Z racji tego, że podczas rzeczonego okresu mieliśmy nieco więcej wolnego czasu postanowiliśmy parę kolejnych dni spędzić poza miastem. W Pierwszy Dzień Świąt, przed godziną 8 rano wyruszyliśmy w kierunku północnym. Droga była dość przyjemna i nie tak męcząca jakby się mogło wydawać, dlatego też po 12h i nieco ponad 1000 km dotarliśmy do obranego uprzednio celu. W malutkim miasteczku Peachester, położonego w stanie Queensland, oddalonego o jakieś 80 km od Brisbane znajduje się urocza farma, o nazwie Mango Hill Farm (która początkowo rzeczywiście miała być miejscem uprawy mango, jednak właściciele nie wzięli pod uwagę niesprzyjającego uprawie tych owoców klimatu). Obecnie miejsce to jest uroczą agroturystyką z organiczną uprawą warzyw i owoców, a także biegającymi w zagrodzie zwierzętami. Dlaczego wybraliśmy akurat to miejsce? A no dlatego, że od pewnego czasu mieszkają tam Adam i Susanne, no i w ramach poszukiwania rodzinnej, świątecznej atmosfery dotarliśmy aż tam. Dwa kolejne dni spędzone na farmie były totalną odskocznią od wielkomiejskiego zgiełku panującego w Sydney. Otaczająca nas fauna i flora, a także towarzystwo kuzyna i jego dziewczyny umożliwiły nam spędzenie Świąt Bożego Narodzenia w błogiej atmosferze. W tym czasie oprócz zupełnego nic nieróbstwa zwiedziliśmy również okoliczne plaże Sunshine Coast, parki krajobrazowe i pobliskie miasteczka. Po krótkich, lecz dość intensywnych odwiedzinach 28go grudnia postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Sydney. Jednak tym razem podzieliliśmy trasę na kilka etapów bowiem mieliśmy 3 dni na powrót do domu. Z Peachester dotarliśmy więc na słynne plaże Gold Coast, mekki surferów, gdzie białe, piaszczyste plaże stykają się z potężnymi wieżowcami (co trzeba przyznać robi dość spore wrażenie). Po szybkiej kąpieli i chwili relaksu, ruszyliśmy dalej. Jako, że mym głównym celem, już od pierwszych sekund wycieczki było znalezienie koali w jej naturalnym środowisko po drodze zatrzymaliśmy się w kilku parkach, w których takowe zwierzęta powinny się znajdować. Nic bardziej trudnego. Szare, nieruchome misie są bardzo dobrze zamaskowane i trudno jest je dostrzec. Po którymś już spacerze poszukiwawczym zrezygnowani wracaliśmy do samochodu, aż tu nagle naszym oczom, tuż na wysokości głów ukazał się przeuroczy miś (który nota bene nie jest misiem tylko torbaczem). Widok koali śpiącej sobie na drzewie jest czymś absolutnie niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju. Ogromna chęć ściągnięcia i zapakowania "pluszaka" do samochodu pohamowana została nagłym wspomnieniem zdjęcia umieszczonego na demotywatorach (kliknij tutaj żeby sprawdzić) które przypomniało mi, że to jednak dzikie zwierze, które różnie zareagować może na próbę naruszenia jego prywatności. W związku z tym nasze spotkanie z koalą zakończyło się na paru fotkach i powrocie do samochodu. Po przejechaniu paru kolejnych kilometrów i przekroczeniu granicy stanowej Queensland'u  i Nowej Południowej Walii zatrzymaliśmy się w  Byron Bay. W miejscowości tej znajduje się najbardziej wysunięta na wschód część Australii, oraz zabytkowa (mająca zaledwie nieco ponad 100 lat) latarnia morska. Po krótkiej wędrówce po okolicy wieczorem wybraliśmy się na imprezę, gdzie masa pijanej, australijskiej młodzieży świętowała zakończenie roku szkolnego. Jako, że było już dość późno zaparkowaliśmy samochód na jednej z mniej ruchliwych ulic, rozłożyliśmy siedzenia i ułożyliśmy się wygodnie do snu. Następnego dnia pogoda nie sprzyjała plażowaniu, dlatego też z samego rana wyruszyliśmy dalej, w kierunku południowym. Zatrzymaliśmy się w Coffs Harbour by zwiedzić tamtejszy port i zjeść pyszną, świeżą rybkę. Po chwili wytchnienia, postanowiliśmy przejechać parę kolejnych kilometrów, by na noc zatrzymać się w Port Macquire. Cudowny zachód słońca i dość wysoka temperatura skłoniły nas do wieczornej kąpieli w oceanie. Liczni surferzy i rybacy umilali nam pobyt na plaży. Jednak po paru chwilach, słońce schowało się za horyzontem i pojawił się piękny, duży księżyc, który był w fazie pełni po raz ostatni w 2012 roku. Na drugi dzień z samego rano obudziły nas promienie słońca przedzierające się przez przednią szybę w samochodzie, niesamowity upał panujący wewnątrz auta zachęcił nas do porannej kąpieli w morzu i spacerze po okolicy. Jako, że do Sydney planowaliśmy dojechać przed sylwestrem, musieliśmy wskoczyć do samochodu i pokonać kolejne 400 km. Przejechawszy około połowę dystansu zjechaliśmy lekko z trasy by zwiedzić położoną nad brzegami zatoki Port Stephens mieścinę Nelson Bay. Stamtąd pojechaliśmy na plażę Stockton, która swym wyglądem przypomina wielką piaszczystą pustynię. Masa piasku, wielbłądy i poruszające się po plaży samochody z napędem na 4 koła są główną atrakcją tego regionu. Po krótkim spacerze i szybkiej kawie wyruszyliśmy w drogę, by pokonać finalny odcinek do Sydney, na miejsce dotarliśmy około godziny 21, gdzie w końcu mogliśmy wziąć porządny prysznic i wyspać się w wygodnym łóżku.
Kolejny dzień, jak się okazało był ostatnim dniem roku. Jako, że nie mieliśmy żadnych konkretnych planów postanowiliśmy przygotować trochę piknikowego jedzenia i wyruszyliśmy do Parku Birchgrove skąd mieliśmy fantastyczny widok na Harbour Bridge, na którym rok rocznie odbywa się popularny na całym świecie pokaz sztucznych ogni. Pogoda dopisała nam wyśmienicie, więc kilkugodzinne oczekiwanie na przyjście Nowego Roku, w żaden sposób nie było uciążliwe. Jakie to niesamowite uczucie, kiedy na przyjście nowego roku czeka się przy blisko 30sto stopniowym upale. Prawie jak w "Lejdis," tylko w naszym wypadku nie w sierpniu, tylko tak jak to nakazuje kalendarz gregoriański w grudniu :)
To tyle jeżeli chodzi o sprawy przyjemne, bowiem już 2go stycznia powrócić trzeba był do mniej przyjemnych obowiązków, szkoła i praca ... :)

Pozdrawiamy Wszystkich bardzo serdecznie życząc raz jeszcze Szczęśliwego Nowego 2013 roku! :)

See Ya!

Brak komentarzy: