Goście, goście, dwa radoście (jak mówi stare powiedzenia, albo tylko
Babcia Kazia), jak przyjeżdżają i jak odjeżdżają. Ale czy aby na pewno jest to uniwersalne
stwierdzenie? Czy tyczy się to tylko dalekich krewnych, czy najbliższej rodziny wracającej do domu
z daleka? No właśnie ... nie aktualizowaliśmy bloga przez długi czas, a to dlatego, że byliśmy w Polsce. Przy tej
okazji chcielibyśmy bardzo podziękować wszystkim tym, którzy choćby w minimalnym stopniu
przyczynili się do
tego, że
wyjazd ten był
niezapominany. Były chwile radosnej zabawy (które zdecydowanie przeważały), ale także momenty nagłego i bardzo niespodziewanego smutku. Wszystko
to uświadomiło nas jednak w
przekonaniu, że
z życia
należy
czerpać pełnymi garściami tak długo jak tylko jest to możliwe.
Kontynuując temat wspomnianych na początku radości. Ta druga radość w naszym przypadku zamieniała się raczej w smutek, może nawet w lekką panikę, bo kiedy znowu spotkamy najbliższych, tych przy których mimo częstych kłótni czujemy się bezpieczni i szczęśliwi. Obserwując sytuację obiektywnie można było również zaobserwować, że ta druga strona- żegnająca również zbyt radosna nie była. Spokojnie ... jeszcze tylko odwiedzi nas parę osob, pobawimy się wszystcy na 30tce Bartka (mam nadzieję, że pamiętacie o zaproszeniu!) i wtedy już ze spokojnym sumieniem będziemy mogli wracać :)Apropos samego powrotu, to jesteśmy w Sydney od zeszłego tygodnia. Niewiele jednak pozostało ze stabilego żywota na Banksi w domu z grupą Polaków. Obecnie mieszkamy (mam nadzieję, że tylko tymczasowo) w małym mieszkanku, z jeszcze mniejszą kuchnią i łazienką w dzielnicy SummerHill. Jedynym plusem obecnego zakwaterowania jest oddalona zaledwie o kilkadziesiąt metrów stacja kolejki. Innych plusów brak. Zimno, ciemno i ciasno tak, że po wstawieniu do środka dwóch walizek trudno jest się swobodnie obrócić, ale nic nie szkooodzi, do wszystkiego można się przyzwyczaić (oby nie za bardzo bo wtedy uśpi to naszą czujność w szukaniu czegoś większego). Po powrocie do Sydney mieliśmy też ogromny problem z jet lagiem, trudno było spać w nocy, z kolei w ciągu dnia powieki same opadały. Całe szczęscie mieliśmy parę luźniejszych dni, podczas których mogliśmy pozwolić sobie na krótkie drzemki, dzięki czemu opanowaliśmy sytuację. W ramach aranżowania sobie czasu wolnego, by nie myśleć o zmęczeniu w sobotę wybraliśmy się na pokaz sztucznych ogni (podobno największych od Olimpiady w 2000 roku), które zorganizowano na cześć International Fleet Review, które ma miejsce w Sydney w dniach 3-11 październik. W niedzielę z kolei wybarliśmy się na WatsonsBay, dzielnicę z której rozciąga się imponujący widok na Harbour Bridge i centrum miasta. Nowy tydzień rozpoczął sie natomiast od porannej pobudki dla mnie, z kolei Bart mógl sobie pozwolić na parę kolejnych dni laby. Tak w sporym skrócie możnaby opisać nasz przyjazd do Sydney po raz trzeci.
See Ya!
Kontynuując temat wspomnianych na początku radości. Ta druga radość w naszym przypadku zamieniała się raczej w smutek, może nawet w lekką panikę, bo kiedy znowu spotkamy najbliższych, tych przy których mimo częstych kłótni czujemy się bezpieczni i szczęśliwi. Obserwując sytuację obiektywnie można było również zaobserwować, że ta druga strona- żegnająca również zbyt radosna nie była. Spokojnie ... jeszcze tylko odwiedzi nas parę osob, pobawimy się wszystcy na 30tce Bartka (mam nadzieję, że pamiętacie o zaproszeniu!) i wtedy już ze spokojnym sumieniem będziemy mogli wracać :)Apropos samego powrotu, to jesteśmy w Sydney od zeszłego tygodnia. Niewiele jednak pozostało ze stabilego żywota na Banksi w domu z grupą Polaków. Obecnie mieszkamy (mam nadzieję, że tylko tymczasowo) w małym mieszkanku, z jeszcze mniejszą kuchnią i łazienką w dzielnicy SummerHill. Jedynym plusem obecnego zakwaterowania jest oddalona zaledwie o kilkadziesiąt metrów stacja kolejki. Innych plusów brak. Zimno, ciemno i ciasno tak, że po wstawieniu do środka dwóch walizek trudno jest się swobodnie obrócić, ale nic nie szkooodzi, do wszystkiego można się przyzwyczaić (oby nie za bardzo bo wtedy uśpi to naszą czujność w szukaniu czegoś większego). Po powrocie do Sydney mieliśmy też ogromny problem z jet lagiem, trudno było spać w nocy, z kolei w ciągu dnia powieki same opadały. Całe szczęscie mieliśmy parę luźniejszych dni, podczas których mogliśmy pozwolić sobie na krótkie drzemki, dzięki czemu opanowaliśmy sytuację. W ramach aranżowania sobie czasu wolnego, by nie myśleć o zmęczeniu w sobotę wybraliśmy się na pokaz sztucznych ogni (podobno największych od Olimpiady w 2000 roku), które zorganizowano na cześć International Fleet Review, które ma miejsce w Sydney w dniach 3-11 październik. W niedzielę z kolei wybarliśmy się na WatsonsBay, dzielnicę z której rozciąga się imponujący widok na Harbour Bridge i centrum miasta. Nowy tydzień rozpoczął sie natomiast od porannej pobudki dla mnie, z kolei Bart mógl sobie pozwolić na parę kolejnych dni laby. Tak w sporym skrócie możnaby opisać nasz przyjazd do Sydney po raz trzeci.
See Ya!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz